Witam was wszystkich po pewnym czasie. Jak widać blog już jakoś wygląda, może nie jest to idealnie to co chciałam ale na razie mi się podoba.
Przeniosłam już wszystkie notki z każdego mojego poprzedniego opowiadania :
Niespodzianka (nowe)
Wspomnienia z czasów Magii
Szkolna Magia (uwaga tematyka erotyczna z opisami scen, zawiera związki męsko-męskie oraz damsko-damskie)
Opiekun z Koszmarów
Oraz dodałam drugi rozdział z pierwszego z dwóch nowych opowiadań, mianowicie "Niespodzianka".
Za jakiś czas pojawi się kolejne nowe opowiadanie już w starej tematyce fantasy, "Cienie". Mam nadziej że spodoba wam się równie dobrze jak wszystkie pozostałe.
Dłużej już nie przedłużając zapraszam was wszystkich serdecznie do czytania i komentowania :)
Pozdrawiam
Lunitari~Luni-chan)
niedziela, 22 lutego 2015
Niespodzianka - Rozdział 2
"Czas na kolejne eksperymenty . . ." Czyli z cyklu nowego opowiadania, rozdział krótki ale trochę mam nadzieje mniej chaotyczny od poprzedniego. Powinien trochę wyjaśnić sytuację i też odrobinę namotać :) Nie miałam zbytnio weny więc nie jest to zbyt długa część ale mam nadziej że równie dobra jak poprzednia. Nie przedłużając życzę miłego czytania :)
Plułem sobie w brodę, wiedziałem że nie powinienem jej całować. Tak bardzo dała do zrozumienia że nie chce się w to pchać, choć sama ze sobą nie jest szczera. Kiedy tak siedzieliśmy w barze i uśmiechnęła się do mnie tak prawdziwie bez żadnych uprzedzeń, wiedziałem że nie pozwolę jej uciec. Pojawił się też kolejny i to poważny problem. Prawda była tak że to nie ja wymyśliłem sobie to wspólne mieszkanie. Moja matka uparła się na to, gdyby to ode mnie zależało dałbym jej czas, by poznała mnie i przekonała do mojej osoby. Sam siebie okłamuje, wiedziałem dlaczego ją pocałowałem. Wszystko co powiedziała pod moim adresem było prawdą, to właśnie mnie tak bardzo wkurzyło. Nie sądziłem tylko, że zaraz po tym wszystkim tak panicznie ucieknie. Do tego jeszcze ten jej strach w oczach, gdy sięgnąłem po pasemko jej włosów . . . Wiem że to iż wizualnie się jej podobam nie wystarczy. To dobry początek. Dziewczynę taką jak Vanessa nie będzie łatwo do siebie przekonać, a co dopiero zatrzymać przy sobie. Ciekaw jestem jakie mam plany, zaharowuje się w swoje najlepsze lata życia. Musi mieć ku temu dobry powód, a ja muszę wiedzieć jaki. Żaden z jej znajomych nie wie czemu tak pracuje. W sumie niewiele o niej wiedzą, to mnie zdziwiło najbardziej. Ma całkiem spore grono znajomych, ale wydają się oni być tylko na chwilę. Bardziej jak znajomi z pracy niż coś większego. Może ten cały Maciej będzie wiedział coś więcej, jako jedyny wydaje się widywać z nią poza pracą. Spojrzałem na zegarek, wróciłem do swojego mieszkania jakąś godzinę temu. Od tamtego czasu nawet nie ruszyłem się z miejsca. Obecnie była 7:15, wiedziałem że Markus mnie za to zabije ale musiałem z kimś pogadać. Sięgnąłem po telefon i wybrałem dobrze znany mi numer. Marcus był moim najlepszym przyjacielem, znamy się od dzieciństwa. Nasi ojcowie są partnerami biznesowymi. Jak to zwykle bywa, na jednym z bankietów poznaliśmy się i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Zwykle gdy tak się dzieje coś musi być na rzeczy. Rozwaliliśmy cała imprezę, rodzice byli wkurzeni. Ani ja ani on nie byliśmy aniołkami więc, bez szlabanu się nie obyło. Czekałem aż ten śpioch odbierze telefon, w końcu po szóstym sygnale usłyszałem znajomy głos w słuchawce.
- Czego ?
- Ja też się cieszę że cię słyszę. - Odparłem rozbawionym tonem.
- Chris, stary ty wiesz która jest godzina ? Tak się kurwa ludziom nie robi !
- Dobra, sorry. Powiedz mi lepiej jak mam Ci wynagrodzić zwleczenie twoje wspaniałego zadu z łóżka i przytaszczenia go do mnie ? Muszę z tobą pogadać.
- Ty chyba sobie żartujesz ?! Ledwo co słońce wstało a ja mam do ciebie się telepać. - Usłyszałem długie westchnienie. - Oby to było coś naprawdę ważnego. Chcę śniadanie i porządną mocną kawę. To tak na wstępie potem zobaczę co jeszcze możesz dla mnie zrobić za moją wspaniałomyślność. - Po czym się rozłączył.
- Ja ciebie też stary. - Rzuciłem w przestrzeń. Znając Markusa miałem jakieś 30 może 40 min zanim się pojawi. Wstałem z fotela i zobaczyłem co mam w kuchni, no tak bez szybkich zakupów się nie obejdzie. Dobrze że sklep jest blisko. Szybko zebrałem się i zrobiłem zakupy. - Jakieś ciemne pieczywo, oczywiście kilka bułek, dwa rodzaje sera i wędlin, śmietana do kawy, mleko, trochę warzyw i owoców. Cały ten proces zajął mi 15 minut. Odstawiłem zakupy na blat w kuchni i wstawiłem ekspres. Wyłożyłem sery i wędliny na małe półmiski, pieczywo oraz masło postawiłem na stole. Wyciągnąłem patelnie i zabrałem się za robienie naleśników. To powinno udobruchać tą królewnę. Gdzieś tak w połowie przygotowanego przeze mnie posiłku pojawił się Markus, już od paru lat ma własne klucze do mojego mieszkania.
- Co tak smakowicie pachnie ? - krzyknął z korytarza.
- Naleśniki, a co innego. - Odparłem widząc go wchodzącego do kuchni.
- Oho to widzę że to musi być coś naprawdę ważnego skoro postanowiłeś uraczyć mnie naleśnikami domowej roboty. - Stwierdził nalewając sobie świeżej kawy. Oparł się o blat obok zlewu i patrzył na mnie.
- Pamiętasz jak opowiadałem Ci o Vanessie ?
- No pamiętam, nawijasz o niej od dwóch lat jak dobrze pamiętam. Co z nią ?
- Poznaliśmy się wczoraj, oficjalnie została moją narzeczoną. - Markus zaczął się dławić właśnie pitą kawą. Kaszlną jeszcze parę razy, po czym usiadł za stołem.
- Chciałeś mnie zabić ?! - Zapytał zirytowany. - Wiesz że takich wieści nie przekazuje się w taki sposób ?
- A co miałem obijać w bawełnę ? Wiesz mi ona zareagowała dużo gorzej. Takich epitetów pod swoim adresem w tak krótkim czasie nie usłyszałem od czasu jak związałem się z Lidią. -Odparłem stawiając parujący talerz naleśników na stole i usiadłem naprzeciwko swojego przyjaciela.
- Ta Lidia . . . Mam nadzieje że nie widujesz już tej ladacznicy ? - Zapytał sięgając po naleśnika.
- Możemy o niej nie mówić. Mam gorszy problem jeśli chodzi o Vanessę. Dziewczyna ma charakterek no i podobam się jej, ale . . . próbuje na siłę być niezależna przez co skończyło się na tym że nie chce mnie znać.
- Wydaje mi się że sporo pominąłeś. Jak może nie chcieć cię znać skoro poznała cię kilka godzin temu ? Może i w nie sprzyjających okolicznościach, ale kto nie lubi niespodzianek ? Jesteś bogaty, przystojny, wykształcony, potrafisz być dowcipny może i masz okropny charakter ale da się nad tym popracować. Więc co jej tak bardzo nie pasuje w twojej osobie ?
- Niech pomyślę według Vanessy jestem „wredny, irytujący, zbyt pewny siebie, nie liczę się z jej zdaniem i przede wszystkim pcham się w jej życie bez pozwolenie. Wybacz ale to typ wojowniczki nie marzy o rycerzu na białym koniu. - Odparłem sięgając po kromkę chleba.
- Dalej nie widzę jakiś poważnych przeszkód. Mam to z ciebie na siłę wyciągnąć ? Powiedz coś zrobił tej biednej dziewczynie ? - Markus zaczął się irytować, w sumie ma racje nie ma co ukrywać. Westchnąłem i zacząłem powoli po kolei opowiadać Marcusowi cały ten dzień. Spotkanie w domu Vanessy, noc w barze i nieszczęsny pocałunek jej paniczna ucieczka i reakcja na mój dotyk. - No stary tak spieprzyć to chyba tylko ty potrafisz. Widać że dziewczyna jest niezależna, ale ty poleciałeś po całości. Szczerze nie mam pojęcia jak to odkręcić, są dwie opcje. Oby zaczęła udawać że nic się takiego nie zdarzyło, da się nad tym przejść do porządku dziennego. Druga opcja jest taka że ją przeprosisz, szczerość nie jest twoją mocną stroną ale tu powinna zadziałać. Mam też opcje „pół na pół” : mogę pojechać z tobą przeprosić to biedne dziewczę i powiedzieć że jestem tu aby cię pilnować. Wiem że ta opcja pasuje ci najbardziej, ale ja osobiście nie chciałbym aby nie znana mi osoba trzecia wbijała się w problem który ją nie dotyczy. Z tego co od ciebie usłyszałem już i tak ma dość poznawania nowych osób. Daj jej odetchnąć. - Ten wywód skutecznie złamał wszelkie moje protesty. Marcus ma racje muszę to załatwić sam.
- Dużo to mi nie pomogłeś. - Westchnąłem.
- Więcej niż myślisz, ale to koniec idę spać do gościnnego. Tobie też radzę, przyda ci się trochę siły jeśli masz się spotkać ze swoją narzeczoną. - To powiedziawszy Marcus zwinął z talerza ostatniego naleśnika i powędrował do gościnnej sypialni. Ja też nie próżnowałem i za jego radą poszedłem się trochę przespać . . .
Plułem sobie w brodę, wiedziałem że nie powinienem jej całować. Tak bardzo dała do zrozumienia że nie chce się w to pchać, choć sama ze sobą nie jest szczera. Kiedy tak siedzieliśmy w barze i uśmiechnęła się do mnie tak prawdziwie bez żadnych uprzedzeń, wiedziałem że nie pozwolę jej uciec. Pojawił się też kolejny i to poważny problem. Prawda była tak że to nie ja wymyśliłem sobie to wspólne mieszkanie. Moja matka uparła się na to, gdyby to ode mnie zależało dałbym jej czas, by poznała mnie i przekonała do mojej osoby. Sam siebie okłamuje, wiedziałem dlaczego ją pocałowałem. Wszystko co powiedziała pod moim adresem było prawdą, to właśnie mnie tak bardzo wkurzyło. Nie sądziłem tylko, że zaraz po tym wszystkim tak panicznie ucieknie. Do tego jeszcze ten jej strach w oczach, gdy sięgnąłem po pasemko jej włosów . . . Wiem że to iż wizualnie się jej podobam nie wystarczy. To dobry początek. Dziewczynę taką jak Vanessa nie będzie łatwo do siebie przekonać, a co dopiero zatrzymać przy sobie. Ciekaw jestem jakie mam plany, zaharowuje się w swoje najlepsze lata życia. Musi mieć ku temu dobry powód, a ja muszę wiedzieć jaki. Żaden z jej znajomych nie wie czemu tak pracuje. W sumie niewiele o niej wiedzą, to mnie zdziwiło najbardziej. Ma całkiem spore grono znajomych, ale wydają się oni być tylko na chwilę. Bardziej jak znajomi z pracy niż coś większego. Może ten cały Maciej będzie wiedział coś więcej, jako jedyny wydaje się widywać z nią poza pracą. Spojrzałem na zegarek, wróciłem do swojego mieszkania jakąś godzinę temu. Od tamtego czasu nawet nie ruszyłem się z miejsca. Obecnie była 7:15, wiedziałem że Markus mnie za to zabije ale musiałem z kimś pogadać. Sięgnąłem po telefon i wybrałem dobrze znany mi numer. Marcus był moim najlepszym przyjacielem, znamy się od dzieciństwa. Nasi ojcowie są partnerami biznesowymi. Jak to zwykle bywa, na jednym z bankietów poznaliśmy się i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Zwykle gdy tak się dzieje coś musi być na rzeczy. Rozwaliliśmy cała imprezę, rodzice byli wkurzeni. Ani ja ani on nie byliśmy aniołkami więc, bez szlabanu się nie obyło. Czekałem aż ten śpioch odbierze telefon, w końcu po szóstym sygnale usłyszałem znajomy głos w słuchawce.
- Czego ?
- Ja też się cieszę że cię słyszę. - Odparłem rozbawionym tonem.
- Chris, stary ty wiesz która jest godzina ? Tak się kurwa ludziom nie robi !
- Dobra, sorry. Powiedz mi lepiej jak mam Ci wynagrodzić zwleczenie twoje wspaniałego zadu z łóżka i przytaszczenia go do mnie ? Muszę z tobą pogadać.
- Ty chyba sobie żartujesz ?! Ledwo co słońce wstało a ja mam do ciebie się telepać. - Usłyszałem długie westchnienie. - Oby to było coś naprawdę ważnego. Chcę śniadanie i porządną mocną kawę. To tak na wstępie potem zobaczę co jeszcze możesz dla mnie zrobić za moją wspaniałomyślność. - Po czym się rozłączył.
- Ja ciebie też stary. - Rzuciłem w przestrzeń. Znając Markusa miałem jakieś 30 może 40 min zanim się pojawi. Wstałem z fotela i zobaczyłem co mam w kuchni, no tak bez szybkich zakupów się nie obejdzie. Dobrze że sklep jest blisko. Szybko zebrałem się i zrobiłem zakupy. - Jakieś ciemne pieczywo, oczywiście kilka bułek, dwa rodzaje sera i wędlin, śmietana do kawy, mleko, trochę warzyw i owoców. Cały ten proces zajął mi 15 minut. Odstawiłem zakupy na blat w kuchni i wstawiłem ekspres. Wyłożyłem sery i wędliny na małe półmiski, pieczywo oraz masło postawiłem na stole. Wyciągnąłem patelnie i zabrałem się za robienie naleśników. To powinno udobruchać tą królewnę. Gdzieś tak w połowie przygotowanego przeze mnie posiłku pojawił się Markus, już od paru lat ma własne klucze do mojego mieszkania.
- Co tak smakowicie pachnie ? - krzyknął z korytarza.
- Naleśniki, a co innego. - Odparłem widząc go wchodzącego do kuchni.
- Oho to widzę że to musi być coś naprawdę ważnego skoro postanowiłeś uraczyć mnie naleśnikami domowej roboty. - Stwierdził nalewając sobie świeżej kawy. Oparł się o blat obok zlewu i patrzył na mnie.
- Pamiętasz jak opowiadałem Ci o Vanessie ?
- No pamiętam, nawijasz o niej od dwóch lat jak dobrze pamiętam. Co z nią ?
- Poznaliśmy się wczoraj, oficjalnie została moją narzeczoną. - Markus zaczął się dławić właśnie pitą kawą. Kaszlną jeszcze parę razy, po czym usiadł za stołem.
- Chciałeś mnie zabić ?! - Zapytał zirytowany. - Wiesz że takich wieści nie przekazuje się w taki sposób ?
- A co miałem obijać w bawełnę ? Wiesz mi ona zareagowała dużo gorzej. Takich epitetów pod swoim adresem w tak krótkim czasie nie usłyszałem od czasu jak związałem się z Lidią. -Odparłem stawiając parujący talerz naleśników na stole i usiadłem naprzeciwko swojego przyjaciela.
- Ta Lidia . . . Mam nadzieje że nie widujesz już tej ladacznicy ? - Zapytał sięgając po naleśnika.
- Możemy o niej nie mówić. Mam gorszy problem jeśli chodzi o Vanessę. Dziewczyna ma charakterek no i podobam się jej, ale . . . próbuje na siłę być niezależna przez co skończyło się na tym że nie chce mnie znać.
- Wydaje mi się że sporo pominąłeś. Jak może nie chcieć cię znać skoro poznała cię kilka godzin temu ? Może i w nie sprzyjających okolicznościach, ale kto nie lubi niespodzianek ? Jesteś bogaty, przystojny, wykształcony, potrafisz być dowcipny może i masz okropny charakter ale da się nad tym popracować. Więc co jej tak bardzo nie pasuje w twojej osobie ?
- Niech pomyślę według Vanessy jestem „wredny, irytujący, zbyt pewny siebie, nie liczę się z jej zdaniem i przede wszystkim pcham się w jej życie bez pozwolenie. Wybacz ale to typ wojowniczki nie marzy o rycerzu na białym koniu. - Odparłem sięgając po kromkę chleba.
- Dalej nie widzę jakiś poważnych przeszkód. Mam to z ciebie na siłę wyciągnąć ? Powiedz coś zrobił tej biednej dziewczynie ? - Markus zaczął się irytować, w sumie ma racje nie ma co ukrywać. Westchnąłem i zacząłem powoli po kolei opowiadać Marcusowi cały ten dzień. Spotkanie w domu Vanessy, noc w barze i nieszczęsny pocałunek jej paniczna ucieczka i reakcja na mój dotyk. - No stary tak spieprzyć to chyba tylko ty potrafisz. Widać że dziewczyna jest niezależna, ale ty poleciałeś po całości. Szczerze nie mam pojęcia jak to odkręcić, są dwie opcje. Oby zaczęła udawać że nic się takiego nie zdarzyło, da się nad tym przejść do porządku dziennego. Druga opcja jest taka że ją przeprosisz, szczerość nie jest twoją mocną stroną ale tu powinna zadziałać. Mam też opcje „pół na pół” : mogę pojechać z tobą przeprosić to biedne dziewczę i powiedzieć że jestem tu aby cię pilnować. Wiem że ta opcja pasuje ci najbardziej, ale ja osobiście nie chciałbym aby nie znana mi osoba trzecia wbijała się w problem który ją nie dotyczy. Z tego co od ciebie usłyszałem już i tak ma dość poznawania nowych osób. Daj jej odetchnąć. - Ten wywód skutecznie złamał wszelkie moje protesty. Marcus ma racje muszę to załatwić sam.
- Dużo to mi nie pomogłeś. - Westchnąłem.
- Więcej niż myślisz, ale to koniec idę spać do gościnnego. Tobie też radzę, przyda ci się trochę siły jeśli masz się spotkać ze swoją narzeczoną. - To powiedziawszy Marcus zwinął z talerza ostatniego naleśnika i powędrował do gościnnej sypialni. Ja też nie próżnowałem i za jego radą poszedłem się trochę przespać . . .
Obudziły mnie jakieś bliżej nie określone dźwięki
dochodzące z głębi mojego mieszkania. Szybko wstałem i udałem
się na poszukiwania sprawcy całego zamieszania. Długo szukać nie
musiałem, stanąłem w progu kuchni i patrzyłem na nieudolne próby
Markusa w celu przygotowania obiadu, lub uruchomienia ekspresu do
kawy. U niego wszystko jest możliwe, to typowy antytalent
kulinarny.
- Markus, raczysz wyjaśnić mi co próbujesz zrobić ? Bo ma nadzieje że nie chcesz nas wysadzić w powietrze.
- Na wszystkie świętości Chris nie skradaj się tak. - Burknął w odpowiedzi prawie upuszczając trzymany w dłoni kubek. - Chciałem jedynie zrobić sobie kawę, a ty od razu że mam zamiar nas wysadzić w powietrze.
- Znam twoje możliwości nie od dziś więc nie dziw mi się proszę, zresztą która godzina ? - Zapytałem ustawiając ekspres do kawy i zabrałem Markusowi kubek z dłoni.
- Parę minut po 14. - Odparł. - O której masz przeprawę ze swoją księżniczką ?
- Pracę zaczyna o 17 powiedziałem że przyjadę po nią o 16, ale zastanawiam się teraz czy nie lepiej będzie pojawić się wcześniej i porozmawiać z nią. - Zamyśliłem się na chwile. - Masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór ?
- Nie. - Markus odparł powoli. - Co ci znowu do głowy przyszło ?
- Nie masz może ochoty na wypad do baru ? - Zapytałem z uśmiechem stawiając mu przed nosem parujący kubek z waniliową latte.
- Ona cię za to zabije, ale sokoro potrzebujesz skrzydłowego to nie ma problemu mogę się pojawić na godzinkę czy dwie. - Nic więcej nie mówiąc wypił szybko kawę i wyszedł, jak zwykle bez pożegnania. Ja sam szybko wskoczyłem pod prysznic i przebrałem się. Spojrzałem na zegarek była 15:10. Powoli wychodząc z mieszkania i kierując się na parking układałem w głowie przebieg rozmowy jaką miałem odbyć z Vanessą.
Obudziłam się o 15:00, nie byłam ani trochę mniej zmęczona niż kiedy kładłam się spać . . . a wszystko to przez „niego”. Udałam się krokiem równie powolnym jak rozkładający się zombie do łazienki. Moje długie do połowy pleców kręcone brązowe włosy sterczały na wszystkie strony jakby mnie prąd popieścił. Lekko skośne zielone oczy były podkrążone, niedokładnie zmyty makijaż podczas snu się rozmazał tak że wyglądałam jak panda. Zastanawiałam się przez chwilę co Christopher we mnie widzi, mała chuda prawie płaska przeciętna dziewczyna z paskudnym charakterkiem. Nic tylko omijać szerokim łukiem, potrząsnęłam głową starając się pozbyć zbędnych myśli i skupić się na ważniejszych rzeczach. Szybko wzięłam prysznic, wysuszyłam włosy i nałożyłam lekki makijaż. Ubrałam się zwyczajnie czarna koszula z rękawami do łokci, granatowe lekko opięte dżinsy no i moje nieodłączne skórzane wiązane kozaki do kolan. Włosy zostawiłam rozpuszczone poza dwoma pasemkami które spięłam małą czarną klamrą z tyłu głowy. Majkel mówił mi że w tej fryzurze przypominam mu czasem elfa. Rzadko kiedy można usłyszeć komplement z jego ust, a ten bardzo przypadł mi do gustu. Ubrana i gotowa spojrzałam na zegarek 15:40, według tego co zapowiedział mój „narzeczony” miałam jeszcze jakieś 20 min nim ten się zjawi by zawieść mnie do pracy. Zeszłam do kuchni i nim zabrałam się za szykowanie jakiegoś śniadania, usłyszałam dzwonek domofonu i radosne ujadanie Kiry która to całej rodzinie dawała znać że ktoś do nas przyszedł. Jakby sam irytujący dzwonek był mało wystarczający. Weszłam do salonu który znajdowała się zaraz obok kuchni i dyskretnie wyjrzałam przez okno. Na podjeździe stała czarna impala super, to mogło oznaczać tylko jedno Christopher postanowił zjawić się wcześniej. Nacisnęłam przycisk który otwierał bramkę i otworzyłam drzwi wejściowe nie czekając na niego weszłam do kuchni i nastawiłam wodę w czajniku. Następnie wyjęłam dwa kubki i do jednego nasypałam liście mojej ulubionej zielonej herbaty. Długo nie musiałam czekać aż zjawi się mój narzeczony.
- Dzień dobry. - Rzucił wchodząc do mojego domu.
- Jestem w kuchni, masz ochotę na zieloną herbatę ? - Spytałam nie odwracając się do niego, jeszcze nie wiedziałam jak mam się zachowywać zwłaszcza po wczorajszym. Na jago widok Kira najeżyła się jak kot i zaczęła warczeć kuląc się przy moich nogach, nie spodobał jaj się. Być może wyczuła napięcie jakie między nami było ?
- Tak poproszę. - Odparł zapewne siadając za stołem kuchennym, wsypałam liście do drugiego kubka i zalałam obie herbaty dopiero co zagotowaną wodą. Kira w dalszym ciągu warczała na mojego gościa. Postawiłam kubki na stole i usiadłam naprzeciwko swojego narzeczonego, Kira momentalnie wskoczyła mi na kola i dalej zjeżona cichutko warczała łypiąc na niego groźnie. - Ona mnie nie lubi. - Przerwał ciszę wskazując na czarną kulkę na moich kolanach.
- Kira poznaj mojego narzeczonego, nie masz się czego bać to dobry człowiek. - Powiedziałam głaszcząc ją uspokajająco. Kira spojrzała na mnie po czym łypnęła na Christophera jakby uspokojona moimi słowami przestała warczeć ale śledziła wzrokiem każdy jego ruch. - Wcześniej jesteś niż zapowiedziałeś. - Rzuciłam, wciąż na niego nie patrząc.
- Nie mogłem w domu usiedzieć, zresztą chciałem porozmawiać. Możemy ? - Podniosłam w końcu wzrok i spojrzałam mu w oczy. Był równie poddenerwowany jak ja. Uśmiechnęłam się lekko, popijając herbatę.
- Możemy, ze spokojem. Przepraszam z moje wczorajsze zachowanie, po prostu zaskoczyłeś mnie, a ja miałam już i tak bardzo nadszarpnięte nerwy. - Próbowałam się tłumaczyć, starając się zmniejszyć napięcie.
- To ja przepraszam, dałaś mi sensownie do zrozumienia że nie chcesz być moją narzeczoną. Szczerze nie postawiłem się na twoim miejscu i zignorowałem całkowicie fakt tego że dla ciebie to był szok. - Przerwał na chwilę, po czym westchnął. - Chciałbym parę rzeczy wyjaśnić.
- Cały czas słucham, ale kwestia jest taka. Ja jeszcze nic nie jadłam, ledwo co się ogarnęłam. Jeśli nie masz nic przeciwko, możemy już teraz wyjść i ja zjem coś na mieście przed pracą. - Odparłam dopijając herbatę i wstając z miejsca, jednocześnie zrzucając Kirę z kolan. Chris bez słowa wstał i czekał na mnie aż się ubiorę i w ciszy wyszliśmy ode mnie z domu. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę centrum. Cisza przedłużała się nasilając napięcie które nieudolnie próbowałam rozładować nie do końca udając że nic takiego wczoraj się nie stało. W końcu postanowiłam coś z tym zrobić. - Chris o co chodzi ?
- Zastanawiam się co powiedzieć i jak się zachować byś znowu przede mną nie uciekła. - Odparł.
- Bądź sobą, to najlepsze wyjście. Przemyślałam parę rzeczy wczoraj więc jest trochę lepiej, może i wciąż mnie irytuje cała ta sytuacja, ale w końcu jesteśmy dorośli.
- Czyli masz zamiar udawać że nic się nie stało, i że nie uciekłaś wczoraj z tego samochodu dlatego że podobało Ci się to co wczoraj między nami zaszło ? - Zapytał, a mnie skoczyło ciśnienie.
- To że powiedziałam iż masz być sobą nie znaczy, że nie istnieje coś takiego jak takt. - Warknęłam. - Może mi się podobało może nie, jasnowidzem nie jesteś, a ja nadal tkwię w tej poronionej sytuacji. Wiesz naprawdę miałam nadziej że to był tylko jakiś koszmar i wczorajszy dzień się nie zdarzył, ale tak nie jest więc daj już temu spokój.
- W tym tkwi problem moja piękna że jeśli tego nie wyjaśnimy to nie ruszymy z miejsca. Ja nie odpuszczę. Nie po to czekałem i przekonywałem dwa lata moją Matkę, by pozwolić Ci się z tego wykręcić. - Rzucił mi przelotne spojrzenie, pełne determinacji.
- Co masz na myśli mówiąc : „dwa lata” ?! To tyle czasu czekałeś by powiadomić mnie o swoim istnieniu ? No to ładnych rzeczy ja się dowiaduje, i ty się dziwisz że jestem wściekła.
Wiem że jesteś wściekła, gdybyś nie była taka uprzedzona to byś wiedziała o co mi chodzi. Mniejsza o to, tak się nie da rozmawiać. - W ostatniej chwil Christopher zmienił pas i wjechał na pobliski parking koło małego skwerku. Ja jedynie przeszywałam go morderczym wzrokiem.
- Coś ty najlepszego zrobił, mogłeś spowodować wypadek. Pal sześć moje zdrowie, co ja ci mówiłam na temat tego cudu motoryzacji ?! - Warknęłam ostro, powstrzymując się przed uderzeniem tego zadufanego w sobie dupka.
- To mój samochód. - Odparł patrząc na mnie w jakiś dziwny sposób. - Bardziej przejmujesz się stanem tego pojazdu niż, bardziej ważniejszymi sprawami. Do cholery nie chciałem aby ta rozmowa tak wyglądała.
- Witaj w moim świecie, nic nigdy nie dziej się tak jak byśmy chcieli. - Oparłam.
- Jesteś mistrzynią w ignorowaniu spraw z którymi nie umiesz sobie poradzić wiesz ? - Wiedziałam że igram z ogniem i nie powinnam go bardziej drażnić, ale nie byłabym sobą gdybym nie dolała oliwy do ognia.
- Praktyka czyni mistrza, przyjmij w końcu do wiadomości że jesteś moim „narzeczonym” tylko z nazwy. Nic między nami nie będzie, koniec kropka.
- Jeszcze się przekonamy. - Odparł wyzywająco a jego ametystowe oczy pociemniały, po czym przyciągnął mnie do siebie. Jego usta znajdowały się zaledwie kilka centymetrów od moich, serce biło mi jak szalone. Był wściekły tego byłam pewna, ale za tym kryło się coś jeszcze jakiś głód. O dziwo nie wyrywałam i nie darłam się jak szalona by mnie puścił, choć głos w mojej głowie twardo krzyczał bym go odepchnęła. Ciało jednak najwyraźniej utraciło kontakt z mózgiem. Christopher powili zmniejszył i tak niewielki dystans i zaczął mnie całować, od razu się poddałam i pozwoliłam mu na to. Dlaczego, wciąż się zastanawiałam, może to przez ten nieodgadniony wyraz jego oczu ? Pocałunek był stosunkowo krótki, władczy ale jednocześnie delikatny. Wiedziałam że w każdej chwili mogę go przerwać, ale jak idiotka pozwalałam by to trwało. - Czemu mi na to pozwoliłaś ? - Zapytał, odsuwając się trochę ode mnie.
Szczerze, nie wiem. - Odparłam. - W twoich oczach było coś takiego . . . - Urwałam zdając sobie sprawę że nie powinnam była tego mówić na głos. - Chris jedynie uśmiechnął się w ten irytujący sposób.
- Przegrywając tak bitwy, nie wygrasz wojny. - Stwierdził. - Znajdź w przyszłym tygodni tak ze trzy dni wolnego, na przeprowadzkę do mnie. Będziemy mieć trochę więcej czasu by porozmawiać o tym co dalej.
- Już wyraziłam swoje zdanie na ten temat. - Odparłam. - W dalszym ciągu ignorujesz to co ja czuje i mam do powiedzenia.
- Uczę się od mistrz. - Odparł. Zirytowałam się, jeśli każda nasza rozmowa ma wyglądać w taki sposób, będę musiała zacząć brać jakieś środki na uspokojenie albo klnę się na wszystkie upadłe anioły w piekle że dojdzie do rękoczynów.
- Jesteś niemożliwy. - Powiedziałam w końcu, po czym po samochodzie rozniosło się burczenie z mojego żołądka. Zaczerwieniłam się, a Chris zaczął się śmiać. Bez słowa ruszył z parkingu do pobliskiej restauracji.
- Zaczekaj tu na mnie, wezmę nam coś na wynos byś nie spóźniła się do pracy. - Wrócił bardzo szybko, podał mi pakunek i skierował się do „Jolly Reger'a”. Cały ten czas milczeliśmy, nie było sensu dyskutować podczas jazdy. Jak widać słowa Macieja się sprawdziły, nawet świętego jestem w stanie wyprowadzić z równowagi. Jedno było pewne atmosfera się oczyściła. Mimo wszystko jednak sprawa wciąż pozostawała otwarta, każde z nas upierało się przy swoim. Niby wciąż mam czas by to jakiś odkręcić. Chris ma racje przegrywając tak jedna bitwa po drugiej pogrążam się w tym bagnie bardzie. Trzeba obmyślić jakiś skuteczny plan. Pokrzepiona tą myślą nie zwróciłam nawet uwagi kiedy zajechaliśmy pod bar. - Królestwo za twoje myśli. - Rzucił, wysiadając z samochodu.
- Obmyślam skuteczną strategie jak się ciebie pozbyć. - Odparłam idąc w jego ślady i wyciągając klucze od knajpy.
- A może pogodzisz się z przegraną. - Powiedział siadając przy barze. Zignorowałam jego słowa i perfidny uśmieszek i zaczęłam przygotowywać lokal na przyjęcie gości. Szybko się z tym uwinęłam i zabrałam się do jedzenia, które kupił Christopher. W tempie ekspresowym wciągnęłam całkiem sporą porcje najlepszego spaghetti jakie w życiu jadłam. Chris, jeszcze nie skończył kiedy ja wyrzucałam swoje opakowanie do śmietnika pod barem.
- Wracając do naszej wcześniejszej rozmowy, to przyjmij do wiadomości że tak łatwo nie dam się pokonać. - Ten jedynie się uśmiechnął do mnie odsuwając na bok nie dokończony posiłek. - Co cię tak bawi ? - Spytałam.
- To jak diametralnie zmienia się twoje podejście kiedy stajesz za barem. Naprawdę kochasz to co robisz.
- Owszem, jak już wczoraj wspomniałam kocham pracę za barem. Jednak kursy barmańskie sporo kosztują, nie stać mnie na nie więc chcę się jak najwięcej nauczyć nim uda mi się odłożyć potrzebną sumę pieniędzy. - Odparłam.
- Markus, raczysz wyjaśnić mi co próbujesz zrobić ? Bo ma nadzieje że nie chcesz nas wysadzić w powietrze.
- Na wszystkie świętości Chris nie skradaj się tak. - Burknął w odpowiedzi prawie upuszczając trzymany w dłoni kubek. - Chciałem jedynie zrobić sobie kawę, a ty od razu że mam zamiar nas wysadzić w powietrze.
- Znam twoje możliwości nie od dziś więc nie dziw mi się proszę, zresztą która godzina ? - Zapytałem ustawiając ekspres do kawy i zabrałem Markusowi kubek z dłoni.
- Parę minut po 14. - Odparł. - O której masz przeprawę ze swoją księżniczką ?
- Pracę zaczyna o 17 powiedziałem że przyjadę po nią o 16, ale zastanawiam się teraz czy nie lepiej będzie pojawić się wcześniej i porozmawiać z nią. - Zamyśliłem się na chwile. - Masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór ?
- Nie. - Markus odparł powoli. - Co ci znowu do głowy przyszło ?
- Nie masz może ochoty na wypad do baru ? - Zapytałem z uśmiechem stawiając mu przed nosem parujący kubek z waniliową latte.
- Ona cię za to zabije, ale sokoro potrzebujesz skrzydłowego to nie ma problemu mogę się pojawić na godzinkę czy dwie. - Nic więcej nie mówiąc wypił szybko kawę i wyszedł, jak zwykle bez pożegnania. Ja sam szybko wskoczyłem pod prysznic i przebrałem się. Spojrzałem na zegarek była 15:10. Powoli wychodząc z mieszkania i kierując się na parking układałem w głowie przebieg rozmowy jaką miałem odbyć z Vanessą.
Obudziłam się o 15:00, nie byłam ani trochę mniej zmęczona niż kiedy kładłam się spać . . . a wszystko to przez „niego”. Udałam się krokiem równie powolnym jak rozkładający się zombie do łazienki. Moje długie do połowy pleców kręcone brązowe włosy sterczały na wszystkie strony jakby mnie prąd popieścił. Lekko skośne zielone oczy były podkrążone, niedokładnie zmyty makijaż podczas snu się rozmazał tak że wyglądałam jak panda. Zastanawiałam się przez chwilę co Christopher we mnie widzi, mała chuda prawie płaska przeciętna dziewczyna z paskudnym charakterkiem. Nic tylko omijać szerokim łukiem, potrząsnęłam głową starając się pozbyć zbędnych myśli i skupić się na ważniejszych rzeczach. Szybko wzięłam prysznic, wysuszyłam włosy i nałożyłam lekki makijaż. Ubrałam się zwyczajnie czarna koszula z rękawami do łokci, granatowe lekko opięte dżinsy no i moje nieodłączne skórzane wiązane kozaki do kolan. Włosy zostawiłam rozpuszczone poza dwoma pasemkami które spięłam małą czarną klamrą z tyłu głowy. Majkel mówił mi że w tej fryzurze przypominam mu czasem elfa. Rzadko kiedy można usłyszeć komplement z jego ust, a ten bardzo przypadł mi do gustu. Ubrana i gotowa spojrzałam na zegarek 15:40, według tego co zapowiedział mój „narzeczony” miałam jeszcze jakieś 20 min nim ten się zjawi by zawieść mnie do pracy. Zeszłam do kuchni i nim zabrałam się za szykowanie jakiegoś śniadania, usłyszałam dzwonek domofonu i radosne ujadanie Kiry która to całej rodzinie dawała znać że ktoś do nas przyszedł. Jakby sam irytujący dzwonek był mało wystarczający. Weszłam do salonu który znajdowała się zaraz obok kuchni i dyskretnie wyjrzałam przez okno. Na podjeździe stała czarna impala super, to mogło oznaczać tylko jedno Christopher postanowił zjawić się wcześniej. Nacisnęłam przycisk który otwierał bramkę i otworzyłam drzwi wejściowe nie czekając na niego weszłam do kuchni i nastawiłam wodę w czajniku. Następnie wyjęłam dwa kubki i do jednego nasypałam liście mojej ulubionej zielonej herbaty. Długo nie musiałam czekać aż zjawi się mój narzeczony.
- Dzień dobry. - Rzucił wchodząc do mojego domu.
- Jestem w kuchni, masz ochotę na zieloną herbatę ? - Spytałam nie odwracając się do niego, jeszcze nie wiedziałam jak mam się zachowywać zwłaszcza po wczorajszym. Na jago widok Kira najeżyła się jak kot i zaczęła warczeć kuląc się przy moich nogach, nie spodobał jaj się. Być może wyczuła napięcie jakie między nami było ?
- Tak poproszę. - Odparł zapewne siadając za stołem kuchennym, wsypałam liście do drugiego kubka i zalałam obie herbaty dopiero co zagotowaną wodą. Kira w dalszym ciągu warczała na mojego gościa. Postawiłam kubki na stole i usiadłam naprzeciwko swojego narzeczonego, Kira momentalnie wskoczyła mi na kola i dalej zjeżona cichutko warczała łypiąc na niego groźnie. - Ona mnie nie lubi. - Przerwał ciszę wskazując na czarną kulkę na moich kolanach.
- Kira poznaj mojego narzeczonego, nie masz się czego bać to dobry człowiek. - Powiedziałam głaszcząc ją uspokajająco. Kira spojrzała na mnie po czym łypnęła na Christophera jakby uspokojona moimi słowami przestała warczeć ale śledziła wzrokiem każdy jego ruch. - Wcześniej jesteś niż zapowiedziałeś. - Rzuciłam, wciąż na niego nie patrząc.
- Nie mogłem w domu usiedzieć, zresztą chciałem porozmawiać. Możemy ? - Podniosłam w końcu wzrok i spojrzałam mu w oczy. Był równie poddenerwowany jak ja. Uśmiechnęłam się lekko, popijając herbatę.
- Możemy, ze spokojem. Przepraszam z moje wczorajsze zachowanie, po prostu zaskoczyłeś mnie, a ja miałam już i tak bardzo nadszarpnięte nerwy. - Próbowałam się tłumaczyć, starając się zmniejszyć napięcie.
- To ja przepraszam, dałaś mi sensownie do zrozumienia że nie chcesz być moją narzeczoną. Szczerze nie postawiłem się na twoim miejscu i zignorowałem całkowicie fakt tego że dla ciebie to był szok. - Przerwał na chwilę, po czym westchnął. - Chciałbym parę rzeczy wyjaśnić.
- Cały czas słucham, ale kwestia jest taka. Ja jeszcze nic nie jadłam, ledwo co się ogarnęłam. Jeśli nie masz nic przeciwko, możemy już teraz wyjść i ja zjem coś na mieście przed pracą. - Odparłam dopijając herbatę i wstając z miejsca, jednocześnie zrzucając Kirę z kolan. Chris bez słowa wstał i czekał na mnie aż się ubiorę i w ciszy wyszliśmy ode mnie z domu. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę centrum. Cisza przedłużała się nasilając napięcie które nieudolnie próbowałam rozładować nie do końca udając że nic takiego wczoraj się nie stało. W końcu postanowiłam coś z tym zrobić. - Chris o co chodzi ?
- Zastanawiam się co powiedzieć i jak się zachować byś znowu przede mną nie uciekła. - Odparł.
- Bądź sobą, to najlepsze wyjście. Przemyślałam parę rzeczy wczoraj więc jest trochę lepiej, może i wciąż mnie irytuje cała ta sytuacja, ale w końcu jesteśmy dorośli.
- Czyli masz zamiar udawać że nic się nie stało, i że nie uciekłaś wczoraj z tego samochodu dlatego że podobało Ci się to co wczoraj między nami zaszło ? - Zapytał, a mnie skoczyło ciśnienie.
- To że powiedziałam iż masz być sobą nie znaczy, że nie istnieje coś takiego jak takt. - Warknęłam. - Może mi się podobało może nie, jasnowidzem nie jesteś, a ja nadal tkwię w tej poronionej sytuacji. Wiesz naprawdę miałam nadziej że to był tylko jakiś koszmar i wczorajszy dzień się nie zdarzył, ale tak nie jest więc daj już temu spokój.
- W tym tkwi problem moja piękna że jeśli tego nie wyjaśnimy to nie ruszymy z miejsca. Ja nie odpuszczę. Nie po to czekałem i przekonywałem dwa lata moją Matkę, by pozwolić Ci się z tego wykręcić. - Rzucił mi przelotne spojrzenie, pełne determinacji.
- Co masz na myśli mówiąc : „dwa lata” ?! To tyle czasu czekałeś by powiadomić mnie o swoim istnieniu ? No to ładnych rzeczy ja się dowiaduje, i ty się dziwisz że jestem wściekła.
Wiem że jesteś wściekła, gdybyś nie była taka uprzedzona to byś wiedziała o co mi chodzi. Mniejsza o to, tak się nie da rozmawiać. - W ostatniej chwil Christopher zmienił pas i wjechał na pobliski parking koło małego skwerku. Ja jedynie przeszywałam go morderczym wzrokiem.
- Coś ty najlepszego zrobił, mogłeś spowodować wypadek. Pal sześć moje zdrowie, co ja ci mówiłam na temat tego cudu motoryzacji ?! - Warknęłam ostro, powstrzymując się przed uderzeniem tego zadufanego w sobie dupka.
- To mój samochód. - Odparł patrząc na mnie w jakiś dziwny sposób. - Bardziej przejmujesz się stanem tego pojazdu niż, bardziej ważniejszymi sprawami. Do cholery nie chciałem aby ta rozmowa tak wyglądała.
- Witaj w moim świecie, nic nigdy nie dziej się tak jak byśmy chcieli. - Oparłam.
- Jesteś mistrzynią w ignorowaniu spraw z którymi nie umiesz sobie poradzić wiesz ? - Wiedziałam że igram z ogniem i nie powinnam go bardziej drażnić, ale nie byłabym sobą gdybym nie dolała oliwy do ognia.
- Praktyka czyni mistrza, przyjmij w końcu do wiadomości że jesteś moim „narzeczonym” tylko z nazwy. Nic między nami nie będzie, koniec kropka.
- Jeszcze się przekonamy. - Odparł wyzywająco a jego ametystowe oczy pociemniały, po czym przyciągnął mnie do siebie. Jego usta znajdowały się zaledwie kilka centymetrów od moich, serce biło mi jak szalone. Był wściekły tego byłam pewna, ale za tym kryło się coś jeszcze jakiś głód. O dziwo nie wyrywałam i nie darłam się jak szalona by mnie puścił, choć głos w mojej głowie twardo krzyczał bym go odepchnęła. Ciało jednak najwyraźniej utraciło kontakt z mózgiem. Christopher powili zmniejszył i tak niewielki dystans i zaczął mnie całować, od razu się poddałam i pozwoliłam mu na to. Dlaczego, wciąż się zastanawiałam, może to przez ten nieodgadniony wyraz jego oczu ? Pocałunek był stosunkowo krótki, władczy ale jednocześnie delikatny. Wiedziałam że w każdej chwili mogę go przerwać, ale jak idiotka pozwalałam by to trwało. - Czemu mi na to pozwoliłaś ? - Zapytał, odsuwając się trochę ode mnie.
Szczerze, nie wiem. - Odparłam. - W twoich oczach było coś takiego . . . - Urwałam zdając sobie sprawę że nie powinnam była tego mówić na głos. - Chris jedynie uśmiechnął się w ten irytujący sposób.
- Przegrywając tak bitwy, nie wygrasz wojny. - Stwierdził. - Znajdź w przyszłym tygodni tak ze trzy dni wolnego, na przeprowadzkę do mnie. Będziemy mieć trochę więcej czasu by porozmawiać o tym co dalej.
- Już wyraziłam swoje zdanie na ten temat. - Odparłam. - W dalszym ciągu ignorujesz to co ja czuje i mam do powiedzenia.
- Uczę się od mistrz. - Odparł. Zirytowałam się, jeśli każda nasza rozmowa ma wyglądać w taki sposób, będę musiała zacząć brać jakieś środki na uspokojenie albo klnę się na wszystkie upadłe anioły w piekle że dojdzie do rękoczynów.
- Jesteś niemożliwy. - Powiedziałam w końcu, po czym po samochodzie rozniosło się burczenie z mojego żołądka. Zaczerwieniłam się, a Chris zaczął się śmiać. Bez słowa ruszył z parkingu do pobliskiej restauracji.
- Zaczekaj tu na mnie, wezmę nam coś na wynos byś nie spóźniła się do pracy. - Wrócił bardzo szybko, podał mi pakunek i skierował się do „Jolly Reger'a”. Cały ten czas milczeliśmy, nie było sensu dyskutować podczas jazdy. Jak widać słowa Macieja się sprawdziły, nawet świętego jestem w stanie wyprowadzić z równowagi. Jedno było pewne atmosfera się oczyściła. Mimo wszystko jednak sprawa wciąż pozostawała otwarta, każde z nas upierało się przy swoim. Niby wciąż mam czas by to jakiś odkręcić. Chris ma racje przegrywając tak jedna bitwa po drugiej pogrążam się w tym bagnie bardzie. Trzeba obmyślić jakiś skuteczny plan. Pokrzepiona tą myślą nie zwróciłam nawet uwagi kiedy zajechaliśmy pod bar. - Królestwo za twoje myśli. - Rzucił, wysiadając z samochodu.
- Obmyślam skuteczną strategie jak się ciebie pozbyć. - Odparłam idąc w jego ślady i wyciągając klucze od knajpy.
- A może pogodzisz się z przegraną. - Powiedział siadając przy barze. Zignorowałam jego słowa i perfidny uśmieszek i zaczęłam przygotowywać lokal na przyjęcie gości. Szybko się z tym uwinęłam i zabrałam się do jedzenia, które kupił Christopher. W tempie ekspresowym wciągnęłam całkiem sporą porcje najlepszego spaghetti jakie w życiu jadłam. Chris, jeszcze nie skończył kiedy ja wyrzucałam swoje opakowanie do śmietnika pod barem.
- Wracając do naszej wcześniejszej rozmowy, to przyjmij do wiadomości że tak łatwo nie dam się pokonać. - Ten jedynie się uśmiechnął do mnie odsuwając na bok nie dokończony posiłek. - Co cię tak bawi ? - Spytałam.
- To jak diametralnie zmienia się twoje podejście kiedy stajesz za barem. Naprawdę kochasz to co robisz.
- Owszem, jak już wczoraj wspomniałam kocham pracę za barem. Jednak kursy barmańskie sporo kosztują, nie stać mnie na nie więc chcę się jak najwięcej nauczyć nim uda mi się odłożyć potrzebną sumę pieniędzy. - Odparłam.
- Więc
chcesz być profesjonalną barmanką, a co potem ? Całego życia za
barem raczej nie spędzisz. Nie myślałaś aby zająć się czymś
poważniejszym w życiu ?
- Mówisz tak jakby praca za barem była czymś złym. Najważniejsze chyba by praca którą wykonujesz sprawiła ci przyjemność. Zresztą kto wie może kiedyś uda mi się otworzyć własny lokal.
- Czyli co, ogólnie nie masz planów na przyszłość, więc czemu wykluczasz że skoro ja się pojawiłem w twoim życiu to przeszkodzę ci w realizacji czegoś co uparcie twierdzisz że sobie złożyłaś. Ale słuchając cię wychodzi że tak naprawdę nie ma niczego. - Odpowiedział. Zirytowałam się.
- To że o czymś nie wiesz nie znaczy że nie istnieje. Zresztą nie muszę ci się tłumaczyć. - Odburknęłam, w pewnym sensie miał racje. Zakopałam się w życiu codziennym gubiąc przy tym marzenia na przyszłość . . .
- Mówisz tak jakby praca za barem była czymś złym. Najważniejsze chyba by praca którą wykonujesz sprawiła ci przyjemność. Zresztą kto wie może kiedyś uda mi się otworzyć własny lokal.
- Czyli co, ogólnie nie masz planów na przyszłość, więc czemu wykluczasz że skoro ja się pojawiłem w twoim życiu to przeszkodzę ci w realizacji czegoś co uparcie twierdzisz że sobie złożyłaś. Ale słuchając cię wychodzi że tak naprawdę nie ma niczego. - Odpowiedział. Zirytowałam się.
- To że o czymś nie wiesz nie znaczy że nie istnieje. Zresztą nie muszę ci się tłumaczyć. - Odburknęłam, w pewnym sensie miał racje. Zakopałam się w życiu codziennym gubiąc przy tym marzenia na przyszłość . . .
Noc 23 - Bal . . . WTF ?!
Drzwi do sali balowej otworzyłam z wielkim hukiem. O tyle szczęścia miałam że w sali był tylko Kael i służba. Która w chwili mojego wielkiego wejścia oderwała się od swoich zajęć.
- Kael ty zawszony „królewski padalcu! Jeszcze raz wywiniesz mi taki numer, a osobiście pozbawię cię głowy ! – Wrzasnęłam od progu. W szybkim tempie zmniejszyliśmy dystans nas dzielący i mierzyliśmy się przez krótka chwile wzrokiem.
- Nie rób scen, zresztą nie mam pojęcia o co ci znowu chodzi ?!
- O co mi chodzi ?! Ty i ten twój przeklęty bal !
- Pretensje kieruj do Illidana, to jego sprawka. – Odparował wyraźnie urażony moim wybuchem złości oraz oskarżeniami.
- On też sobie wymyślił, że to z okazji nominacji nowego kanclerza ?!
- Co ?! Ja nic o tym nie wiem, bal miał być jak każdy inny . . .
- Wniosek nasuwa się jeden : Illidan, albo ty za to oberwiesz. – Nie czekając na cichy protest Kael’a udałam się w pierwsze miejsce jakie mi przyszło do głowy. Tak jak sądziłam pod największym drzewem w ogrodzie, siedział Illidan.
- Jak ci się podobał mój prezent ? – Zapytał.
- Był do dupy jak większość, po kiego grzyba mi bal na moją cześć ? Nie dość mam problemów, z ukrywaniem tożsamości ?
- Nie moja to wina księżniczko. – Odparował.
- Ja ci dam nie twoja ! ten dowcip nie ujdzie ci na sucho, poczekaj a zobaczysz że mimo wszystko posiadam pazurki . . .
- Pięknie wyglądasz w tej sukni. – Aż mnie zatkało, gdy usłyszałam tak trywialny komplement z ust Illidana. Jak ryba otwierałam i zamykałam usta stając się wydusić z siebie jakiś docinek, ale najnormalniej w świecie nie byłam w stanie.
- Poddaje się . . . – wyszeptałam cicho ale i tak wiedziałam ze Illidan to usłyszy. W tamtej chwil nie byłam wstanie wymyślić jakiejś ciętej riposty.
- Miło mi to słyszeć. Jak tylko przyjdzie ci jakiś pomysł na zemstę, proszę uprzedź mnie za w czasu. Chciałbym się przygotować.
- Zgoda. – Machnęłam tylko ręką, złość zupełnie ze mnie uleciała. – Mała prośba do ciebie i Księcia Kael’a. Jak już mam być na tym balu, to obaj trzymajcie się ode mnie z daleka. Nie wiem kiedy mogę wybuchnąć i zacząć klnąc na was obu. - Nie czekając na odpowiedź Illidana udałam się do swojej komnaty. Miała zamiar napić się zielonej herbatki, aby ukoić swoje nadszarpnięte nerwy. Nigdy nie lubiłam bali a ten miał okazać się wyjątkowo męczący i długi . . .
Do swojej komnaty wróciłam w środku nocy, padnięta jak nigdy. Ciągłe uśmiechanie się i odpowiadanie na gratulacje objęcia tak zaszczytnej pozycji, wyczerpały mnie. Wyjątkowo Illidan spełnił moją prośbę i trzymał się wraz z Kael’em z dala ode mnie przez cały wieczór. Padłam na łóżkom i pierwsze co to zdjęłam te okropne pantofle, do których zmusiła mnie Alice. Leżałam sobie spokojnie wsłuchując się w ciszę nocy, jednak pech chciał że nie cieszyłam się nią zbyt długo. Do mojej komnaty ni z gruszki ni z pietruszki, władował się Kael . . .
- Twoja komnata jest o jedne drzwi wcześniej. – Odparłam nie otwierając oczu.
- Znam rozkład własnego pałacu nie musisz mnie pouczać. – Odparł rozdrażniony moją wypowiedzią. Faceci to jednak nie potrafią zrozumieć delikatnych aluzji.
- Chodziło mi oto iż nie chcę cię na razie widzieć. – Otworzyłam oczy i przyjrzałam się Kael’owi, wyglądał tak jakoś inaczej. Stał oparty o kolumnę łózka na którym to sobie spokojnie leżałam.
- Jesteś tu by dostarczyć mi rozrywki. Ile razy mam ci o tym przypominać ? – Odparł wyraźnie zirytowany moją postawą.
- Już nie, jak mnie pamięć nie myli mam tu pracować. To rozkaz naszego mistrza. – Moje ciało przeszedł dreszcz, miałam jakieś złe przeczucia co do tej całej sytuacji. Kael najwyraźniej, miał to gdzieś. Bardzo szybko postanowił udowodnić mi swoją rację. Zostałam brutalnie przyciśnięta do materaca, a dłonie Księcia zaczęły krążyć po moim ciele.
- Puszczaj ! – Warknęłam wściekła i zaczęłam się szarpać.
- Nie tym razem złotko. – Wyszeptał mi do ucha i zaczął brutalnie całować. Byłam bardzo wyczerpana po balu, więc walka w ręcz z Kael’em odpadała na wstępie. W tej właśnie chwili dziękowała w duchu mojej mentorce, że najpierw zajęła się moją magiczną edukacją. W głowie szybko odnalazłam potrzebne mi zaklęcie. Kael zaliczył krótką lekcje latania i wylądował na komodzie która stała na przeciwko łóżka. Biedny mebel pod ciężarem ciała elfiego Księcia i siły zaklęcia, rozpadł się w drobny mak.
- Ty suko ! – Syknął na mnie. Wstałam i oddaliłam się od Kael’a na w miarę bezpieczną odległość.
- Wybacz ale to nie ja próbowałam wykorzystać mnie seksualnie. – Warknęłam w jego stronę, przyjmują postawę obronną. Kael powoli podniósł się z podłogi i pokuśtykał w stronę drzwi.
- Jeszcze będziesz moja, czy ci się to podoba czy nie. – Warknął wściekły i klnąc pod nosem na czym świat stoi, wyszedł z mojej komnaty trzaskając głośno drzwiami. Stałam tak na środku pomieszczenia w lekkim szoku. To był pierwszy raz gdy Książe, był tak brutalny i zaborczy w stosunku do mojej skromniej, i wnerwiającej osoby. Nie rozwodząc się nad tym dziwnym faktem więcej położyłam się spać. Doszłam do wniosku że ten „królewski pierwotniak” miał zły dzień.
Poranek okazał się równie fatalny co noc. Po mimo swojej nowej pozycji i obecności Illidana na spotkaniu z radą, Kael nie dał mi dojść do słowa. Swoim zachowaniem, dał wszystkim do zrozumienia że nie uznaje mnie jako swojej prawej ręki. Z każdą upływającą godziną, było coraz gorzej. Koniec, końców Illidan nie wytrzymał.
- Jeśli dalej tak będziesz się zachowywać Kael’u to, nie myśl że kara cię nie ominie. Wiesz dobrze jak potrafię być okrutny.
- Ta zabaweczka, – Książe wskazał na mnie palcem. – to twój pomysł Mistrzu. Może i przyrzekłem ci wierność, ale sam umiem zadbać o swoich poddanych. – Prychnął Kael. Ja wraz z pozostałymi członkami posiedzenia rady postanowiłam milczeć. Znałam możliwości Illidana, i po części potencjał Księcia Kael’a. Więc udawanie że nie jesteśmy świadkami tej wymiany zdań, była najrozsądniejszą z możliwych opcji.
- Sam mi ją najpierw chciałeś przedstawić, a gdy powiedziałem ci o swoich zamiarach to zacząłeś ją potępiać. Co takiego się stało że nagle traktujesz ją gorzej niż śmiecia, którym bynajmniej nie jest ! – Wrzasnął Illidan.
- Dla mnie nie jest nikim więcej jak zwykłą kryminalistką z ulicy, która działała na niekorzyść mojego kraju. – W tym oto momencie miarka się przebrała.
- Dziękuję za tak miłe słowa „wasza wysokość”, brak szacunku odpłacę tym samym. Dla twej skromnej wiadomości, gildia której członkiem byłam. Wie więcej niż ty co się dzieje w twoim kraju i jak to troskliwie troszczysz się o swoich poddanych ! – Podniosłam dość znacząco głos, Illidan na mój wybuchł skrzywił się tylko. Kael za to zrobił się cały czerwony ze złości.
- Nie masz prawa się odzywać, wynoś się z tej sali ! – Warknął na mnie ten „królewski idiota”. Na chwilę zatkało mnie, jeszcze wczoraj traktował mnie w miarę „normalnie”. O ile normalnie w jego przypadku to dobre określenie.
- Jak sobie chcesz „wasza wysokość”, jutro stawią się na audiencji wysłannicy z gildii „Czarnych sztyletów”. Mam nadzieje że się z nimi spotkasz i wysłuchasz tego co mają do powiedzenia. Jeśli tylko włos spadnie któremuś z nich z głowy, osobiście zrównam twoje małe królestwo z ziemią. Lord Illidan potwierdzi że posiadam tak wielką moc by tego dokonać. – Warknęłam wściekła, a z moich oczu ciskały gromy. Gdy Kael próbował wejść mi w słowo, podniosłam dłoń nakazując mu milczenie. – Jeszcze nie skończyłam, więc mi nie przerywaj ! – Wrzasnęłam, ostatecznie uciszając nadchodzący protest z jego strony. – Nie masz najmniejszego prawa traktować mnie w taki sposób, jak teraz. Jestem nie tylko elfem, w moich żyłach płynie królewska krew. Do tego jestem kanclerzem „Nocnych elfów” Lorda Illidana, ale także „Nag” Lady Vashj. Do tego chcesz czy nie jestem też kanclerzem „Krwawych elfów”. To moje pomysły na udoskonalenie i wzmocnienie twego kraju „Książe” – Po tych słowach rzuciłam w Kael’a dokumentami jakie trzymałam w ręku i demonstracyjnie wychodząc, trzasnęłam drzwiami od sali narad tak że aż wszystkie okna się zatrzęsły. Wściekła jak osa ruszyłam w stronę pałacowych ogrodów. Zastanawiałam się co takiego się stało że Kael zaczął traktować mnie z takim chłodem. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko czekać na to co zrobi teraz Illidan.
- Kael ty zawszony „królewski padalcu! Jeszcze raz wywiniesz mi taki numer, a osobiście pozbawię cię głowy ! – Wrzasnęłam od progu. W szybkim tempie zmniejszyliśmy dystans nas dzielący i mierzyliśmy się przez krótka chwile wzrokiem.
- Nie rób scen, zresztą nie mam pojęcia o co ci znowu chodzi ?!
- O co mi chodzi ?! Ty i ten twój przeklęty bal !
- Pretensje kieruj do Illidana, to jego sprawka. – Odparował wyraźnie urażony moim wybuchem złości oraz oskarżeniami.
- On też sobie wymyślił, że to z okazji nominacji nowego kanclerza ?!
- Co ?! Ja nic o tym nie wiem, bal miał być jak każdy inny . . .
- Wniosek nasuwa się jeden : Illidan, albo ty za to oberwiesz. – Nie czekając na cichy protest Kael’a udałam się w pierwsze miejsce jakie mi przyszło do głowy. Tak jak sądziłam pod największym drzewem w ogrodzie, siedział Illidan.
- Jak ci się podobał mój prezent ? – Zapytał.
- Był do dupy jak większość, po kiego grzyba mi bal na moją cześć ? Nie dość mam problemów, z ukrywaniem tożsamości ?
- Nie moja to wina księżniczko. – Odparował.
- Ja ci dam nie twoja ! ten dowcip nie ujdzie ci na sucho, poczekaj a zobaczysz że mimo wszystko posiadam pazurki . . .
- Pięknie wyglądasz w tej sukni. – Aż mnie zatkało, gdy usłyszałam tak trywialny komplement z ust Illidana. Jak ryba otwierałam i zamykałam usta stając się wydusić z siebie jakiś docinek, ale najnormalniej w świecie nie byłam w stanie.
- Poddaje się . . . – wyszeptałam cicho ale i tak wiedziałam ze Illidan to usłyszy. W tamtej chwil nie byłam wstanie wymyślić jakiejś ciętej riposty.
- Miło mi to słyszeć. Jak tylko przyjdzie ci jakiś pomysł na zemstę, proszę uprzedź mnie za w czasu. Chciałbym się przygotować.
- Zgoda. – Machnęłam tylko ręką, złość zupełnie ze mnie uleciała. – Mała prośba do ciebie i Księcia Kael’a. Jak już mam być na tym balu, to obaj trzymajcie się ode mnie z daleka. Nie wiem kiedy mogę wybuchnąć i zacząć klnąc na was obu. - Nie czekając na odpowiedź Illidana udałam się do swojej komnaty. Miała zamiar napić się zielonej herbatki, aby ukoić swoje nadszarpnięte nerwy. Nigdy nie lubiłam bali a ten miał okazać się wyjątkowo męczący i długi . . .
Do swojej komnaty wróciłam w środku nocy, padnięta jak nigdy. Ciągłe uśmiechanie się i odpowiadanie na gratulacje objęcia tak zaszczytnej pozycji, wyczerpały mnie. Wyjątkowo Illidan spełnił moją prośbę i trzymał się wraz z Kael’em z dala ode mnie przez cały wieczór. Padłam na łóżkom i pierwsze co to zdjęłam te okropne pantofle, do których zmusiła mnie Alice. Leżałam sobie spokojnie wsłuchując się w ciszę nocy, jednak pech chciał że nie cieszyłam się nią zbyt długo. Do mojej komnaty ni z gruszki ni z pietruszki, władował się Kael . . .
- Twoja komnata jest o jedne drzwi wcześniej. – Odparłam nie otwierając oczu.
- Znam rozkład własnego pałacu nie musisz mnie pouczać. – Odparł rozdrażniony moją wypowiedzią. Faceci to jednak nie potrafią zrozumieć delikatnych aluzji.
- Chodziło mi oto iż nie chcę cię na razie widzieć. – Otworzyłam oczy i przyjrzałam się Kael’owi, wyglądał tak jakoś inaczej. Stał oparty o kolumnę łózka na którym to sobie spokojnie leżałam.
- Jesteś tu by dostarczyć mi rozrywki. Ile razy mam ci o tym przypominać ? – Odparł wyraźnie zirytowany moją postawą.
- Już nie, jak mnie pamięć nie myli mam tu pracować. To rozkaz naszego mistrza. – Moje ciało przeszedł dreszcz, miałam jakieś złe przeczucia co do tej całej sytuacji. Kael najwyraźniej, miał to gdzieś. Bardzo szybko postanowił udowodnić mi swoją rację. Zostałam brutalnie przyciśnięta do materaca, a dłonie Księcia zaczęły krążyć po moim ciele.
- Puszczaj ! – Warknęłam wściekła i zaczęłam się szarpać.
- Nie tym razem złotko. – Wyszeptał mi do ucha i zaczął brutalnie całować. Byłam bardzo wyczerpana po balu, więc walka w ręcz z Kael’em odpadała na wstępie. W tej właśnie chwili dziękowała w duchu mojej mentorce, że najpierw zajęła się moją magiczną edukacją. W głowie szybko odnalazłam potrzebne mi zaklęcie. Kael zaliczył krótką lekcje latania i wylądował na komodzie która stała na przeciwko łóżka. Biedny mebel pod ciężarem ciała elfiego Księcia i siły zaklęcia, rozpadł się w drobny mak.
- Ty suko ! – Syknął na mnie. Wstałam i oddaliłam się od Kael’a na w miarę bezpieczną odległość.
- Wybacz ale to nie ja próbowałam wykorzystać mnie seksualnie. – Warknęłam w jego stronę, przyjmują postawę obronną. Kael powoli podniósł się z podłogi i pokuśtykał w stronę drzwi.
- Jeszcze będziesz moja, czy ci się to podoba czy nie. – Warknął wściekły i klnąc pod nosem na czym świat stoi, wyszedł z mojej komnaty trzaskając głośno drzwiami. Stałam tak na środku pomieszczenia w lekkim szoku. To był pierwszy raz gdy Książe, był tak brutalny i zaborczy w stosunku do mojej skromniej, i wnerwiającej osoby. Nie rozwodząc się nad tym dziwnym faktem więcej położyłam się spać. Doszłam do wniosku że ten „królewski pierwotniak” miał zły dzień.
Poranek okazał się równie fatalny co noc. Po mimo swojej nowej pozycji i obecności Illidana na spotkaniu z radą, Kael nie dał mi dojść do słowa. Swoim zachowaniem, dał wszystkim do zrozumienia że nie uznaje mnie jako swojej prawej ręki. Z każdą upływającą godziną, było coraz gorzej. Koniec, końców Illidan nie wytrzymał.
- Jeśli dalej tak będziesz się zachowywać Kael’u to, nie myśl że kara cię nie ominie. Wiesz dobrze jak potrafię być okrutny.
- Ta zabaweczka, – Książe wskazał na mnie palcem. – to twój pomysł Mistrzu. Może i przyrzekłem ci wierność, ale sam umiem zadbać o swoich poddanych. – Prychnął Kael. Ja wraz z pozostałymi członkami posiedzenia rady postanowiłam milczeć. Znałam możliwości Illidana, i po części potencjał Księcia Kael’a. Więc udawanie że nie jesteśmy świadkami tej wymiany zdań, była najrozsądniejszą z możliwych opcji.
- Sam mi ją najpierw chciałeś przedstawić, a gdy powiedziałem ci o swoich zamiarach to zacząłeś ją potępiać. Co takiego się stało że nagle traktujesz ją gorzej niż śmiecia, którym bynajmniej nie jest ! – Wrzasnął Illidan.
- Dla mnie nie jest nikim więcej jak zwykłą kryminalistką z ulicy, która działała na niekorzyść mojego kraju. – W tym oto momencie miarka się przebrała.
- Dziękuję za tak miłe słowa „wasza wysokość”, brak szacunku odpłacę tym samym. Dla twej skromnej wiadomości, gildia której członkiem byłam. Wie więcej niż ty co się dzieje w twoim kraju i jak to troskliwie troszczysz się o swoich poddanych ! – Podniosłam dość znacząco głos, Illidan na mój wybuchł skrzywił się tylko. Kael za to zrobił się cały czerwony ze złości.
- Nie masz prawa się odzywać, wynoś się z tej sali ! – Warknął na mnie ten „królewski idiota”. Na chwilę zatkało mnie, jeszcze wczoraj traktował mnie w miarę „normalnie”. O ile normalnie w jego przypadku to dobre określenie.
- Jak sobie chcesz „wasza wysokość”, jutro stawią się na audiencji wysłannicy z gildii „Czarnych sztyletów”. Mam nadzieje że się z nimi spotkasz i wysłuchasz tego co mają do powiedzenia. Jeśli tylko włos spadnie któremuś z nich z głowy, osobiście zrównam twoje małe królestwo z ziemią. Lord Illidan potwierdzi że posiadam tak wielką moc by tego dokonać. – Warknęłam wściekła, a z moich oczu ciskały gromy. Gdy Kael próbował wejść mi w słowo, podniosłam dłoń nakazując mu milczenie. – Jeszcze nie skończyłam, więc mi nie przerywaj ! – Wrzasnęłam, ostatecznie uciszając nadchodzący protest z jego strony. – Nie masz najmniejszego prawa traktować mnie w taki sposób, jak teraz. Jestem nie tylko elfem, w moich żyłach płynie królewska krew. Do tego jestem kanclerzem „Nocnych elfów” Lorda Illidana, ale także „Nag” Lady Vashj. Do tego chcesz czy nie jestem też kanclerzem „Krwawych elfów”. To moje pomysły na udoskonalenie i wzmocnienie twego kraju „Książe” – Po tych słowach rzuciłam w Kael’a dokumentami jakie trzymałam w ręku i demonstracyjnie wychodząc, trzasnęłam drzwiami od sali narad tak że aż wszystkie okna się zatrzęsły. Wściekła jak osa ruszyłam w stronę pałacowych ogrodów. Zastanawiałam się co takiego się stało że Kael zaczął traktować mnie z takim chłodem. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko czekać na to co zrobi teraz Illidan.
Noc 22 - Gildia "Czarnych Sztyletów"
Bardzo łatwo udało mi się wymknąć z pałacu. Nie dziwie się Sellen, że tak banalnie wkradła się tutaj. Już wiedziałam że trzeba będzie coś z tym zrobić. Żołnierze mają za dużą swobodę. Trafiając na targ poczułam że żyje. To miejsce o wiele bardziej tętniło życiem niż pałac. Kolorowe stragany z przeróżnymi towarami aż kusiły by coś zwinąć. Jednak bycie kanclerzem ma swoje złe strony . . . Walcząc zawzięcie ze swoja złodziejską duszą, dotarłam na obrzeża miasta. Udałam się w stronę „wschodniego sanktuarium, skąd skierowałam się na „Falconwing Square”. Zebrałam kilka kryształów i oczyściłam parę ghuli. W końcu udało mi się dotrzeć do siedziby gildii. Przed wejściem do jednego ze zrujnowanych budynków czekał strażnik. Bez słowa pokazałam mu sztylety i weszłam do środka. Odchyliłam klapę w podłodze i zeszłam schodami do podziemi. Gdy znalazłam się w labiryncie, dopiero do nie doszło jak wiele czasu minęło od mojej ostatniej wizyty w tym miejscu. Modląc się w duchu o szczęście, kluczyłam miedzo ledwo oświetlonymi korytarzami aż dotarłam do żelaznych drzwi. Powoli i nie pewnie zastukałam w nie rękojeścią sztyletu. Skrzypnęły zawiasy i w progu pojawił się Acalos.
- Witaj Lunitari, trochę czasu cie u nas nie było.
- Nic mi nie mów, jak mniemam Majkel jest wściekły. – Bardziej stwierdziłam niż zapytałam.
- Gdzie tam Majkel, to nic niech no tylko Deathskall cię dopadnie. – Pokrzepiona jakże optymistycznymi słowami Acalosa, szybko udałam się do pokoju jaki dzieliłam z Sellen.
- Kogo my tu mamy ?! Piesek „jego wysokości”. – Zakpiła.
- Też się ciesze że cię widzę. – Odparłam i zaczęłam szybko pakować swoje rzeczy. – Majkel jest u siebie ?
- Tak, ale dziś od rana miał fatalny humor. Teraz już wiem czemu.
- Bardzo zabawne, myślałam że jesteś po mojej stronie.
- Wiesz to nie ja całymi dniami pławie się w luksusie. – Więc to oto jej chodziło . . .
- Jak tak bardzo chcesz to możemy się zamienić, ja już mam dość traktowania jak rzecz. – Syknęłam ostro na Sellen, co jak co ale takiego zachowania się po niej nie spodziewałam.
- Dobra przepraszam, jak chcesz pójdę z tobą do Majkela.
- Dzięki. – Szybko dokończyłam pakowanie i bez słowa pociągnęłam za sobą Sellen. Kiedy stanęłyśmy przed naszym pokojem, nagle zdałam sobie sprawę że kompletnie nie pamiętam tego miejsca. Sellen tylko wybuchnęła śmiechem widząc moją skrzywioną minę.
-Tędy ciamajdo. – Rzuciła i zaczęła mnie ciągnąc we właściwym kierunku. Trochę czasu zajęło nam dojście do komnaty Majkela. Cóż jakby nie patrzeć Majkel był i jest zastępcą dowódcy gildii Deathskall’a. To on pilnował porządku wśród członków gildii, co za tym idzie także ich karał. A mnie kara na pewno nie minie. Z jakże to optymistycznym nastawieniem, walczyłam z przemożną chęcią ucieczki a obowiązkiem zapukania do drzwi. Sellen widząc moje nie zdecydowanie, bez zbędnych ceregieli otworzyła kopniakiem drzwi.
- Majkel przyprowadziłam ci nasza mała zgubę ! – Rzuciła od progu, po czym wepchnęła mnie do środka, szybko zamykając drzwi.
- No, no kogo nam tu wreszcie przywiało ? – Usłyszałam w ciemnościach gardłowy głos zastępcy Skall’a, a po chwili zapłonęło w pomieszczeniu kilka świec.
- Witaj Majkel, mam nadzieje że humor ci dopisuje.
- Nie kpij sobie, tylko się tłumacz !
- Bo wiesz kiedy wracałam z targu, straż pałacowa mnie dorwała. No i zaciągnęli mnie oni do pałacu, gdzie robiłam za swoistą zabawkę Księcia.
- I ty myślisz że ja w to uwierzę ?! Bardziej bzdurnej historyjki nie mogłaś wymyślić ?
- Chciałam być szczera. – Odparłam spokojnie, czym jeszcze bardziej zdenerwowałam Majkel.
- Za jak wielkiego idiotę ty mnie masz Luni ?! Czy zdajesz sobie chociaż sprawę, z tego że za to co zrobiłaś Skall z przyjemnością poprze moją prośbę o to by pozbawić cię głowy ?! – Grzmiał z tego swojego fotela, a mnie jakoś nie wiem czemu nie ruszały jego słowa. Jednak ten miesiąc spędzony w pałacu zrobił swoje. Nie zrażona jego ciągnącym się dalej monologiem jaka to jestem nie odpowiedzialna, bawiłam się sztyletami. Co jeszcze bardziej musiało wkurzyć biednego poplecznika Sylvanas. Nagle ni z tego ni z owego, tuż kolo mojego ucha przeleciał sztylet Majkela. Zdziwiona trochę tym faktem spojrzałam w stronę nieumarłego.
- Dziękuję że łaskawie zechciałaś w końcu zwrócić na mnie swoja uwagę ! – Zagrzmiał.
- Wybacz, tak zaczęłam sobie myśleć czy podzielić się z tobą dobrymi wieściami jakie przyniosłam.
- Co masz na myśli ? – Zapytał minimalnie spokojniejszy, ale zaciekawiony moimi słowami.
- Pamiętasz jak mówiłam, że długo tu nie zabawię bo mam coś innego do zrobienia ?
- No pamiętam i co w związku z tym ?
- To że robię za zabawkę Kael’a to w 100 % prawda, a poza tym służę Lordowi Illidanowi. Który to wkopał mnie na pozycję kanclerza „Krwawych Elfów”. Zajebiste wieści no nie ? – Spytałam z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Ja wiem Lunitari że masz ostro nasrane pod kopułą, ale żeby aż tak ? Poza tym kto by cię chciał na kanclerze ? – Zakpił.
- Jeśli darujesz mi to przewinienie, to obiecuję że już więcej mnie tu nie zobaczysz, a gildia się wzbogaci i zyska amnestię na niektóre wyskoki. Co ty na to ?
- Za debila mnie masz ? Jesteś jedna z najlepszych złodziejek w tej gildii, chociaż jeśli chodzi o twoje zachowanie to pozostawia wiele do życzenia. Zresztą jak ty chcesz to niby załatwić ?
- Za dwa dni przyślij do pałacu przedstawiciela „Czarnych Sztyletów”, możesz to być nawet ty sam. Sellen cię zaprowadzi. Przekażesz strażnikowi ten list. – Wyjęłam z kieszeni już lekko pomiętą kopertę, i podałam ją Majkelowi. – Po tym zaprowadzą cie do sali tronowej, gdzie wraz z tym „królewskim padalcem” będziemy na czekać.
- Skąd mam wiedzieć że to nie pułapka ? Sellen twierdzi, że przetrzymywano cię w pałacu.
- Jeśli będą chcieli cię aresztować, stanę po stronie gildii. – Starałam się jakoś go przekonać. Gildia i królestwo dużo by zyskało na tej współpracy, pozostaje jeszcze poinformować o tym tego zawszonego zboczeńca.
- Przemyślę to i dam ci odpowiedź jutro, muszę to przedyskutować ze Skall’em. Co teraz będziesz robić ? – Zapytał już wyraźnie spokojniejszy.
- Będę działać w pałacu na swoim nowym stanowisku, aby trochę poprawić sytuacje tego królestwa. – Odparłam.
- Zdajesz sobie, że jeśli to wszystko co mówisz jest prawdą to prędzej czy później przyjdzie ci spotkać się z Sylvanas.
- Wiem. – Mruknęłam. – To mój problem i go jakoś sama załatwię.
- Jak chcesz, wiesz to jedyna osoba ze starożytnych która ma do ciebie jakieś wąty. – Stwierdził z wrednym uśmieszkiem.
- Dobra, masz. – Rzuciłam w jego stronę zawinięte w blado-czerwoną chustę sztylety. – Jak Elune da to zobaczymy się za dwa dni w pałacu. – Wzięłam swoje rzeczy i podeszłam do drzwi, w delikatnym drewnie tkwił rzucony wcześniej sztylet Majkela.
- Lunitari, będziemy tęsknić.
- Ja też Majkel, ja też. – Nie odwracając się, otworzyłam drzwi i wyszłam pozostawiając nieumarłego z jego nowym problemem. Przed komnatą czekała na mnie Sellen, niedbale oparta o jedną ze ścian.
- Widzę że żyjesz, a to ci niespodzianka. – Rzuciła, a jej słowa wręcz ociekały ironią.
- Myślałam że dałaś już sobie spokój z dobijaniem mnie, ale mniejsza z tym. Wyprowadzisz mnie stąd ? – Zapytałam robiąc minkę kotka ze „Shreka”.
- Daj już spokój, wyprowadzę cię z siedziby. – Machnęła jedynie ręka i zaczęła mnie prowadzić w odpowiednim kierunku. Przez całą drogę na zewnątrz nie odezwałyśmy się do siebie ani jednym słowem. Każda z nas w inny sposób przeżywała to rozstanie. Z Sellen trafiłyśmy do „Czarnych Sztyletów” w tym samym czasie. Mimo tego że kłóciłyśmy się dość często, trzymałyśmy się razem. Wyjście z gildii z pomocą Sellen zajęło mi o połowę mniej czasu niż dotarcie do niej. Przed budynkiem pożegnałam się z przyjaciółka i bezimiennym strażnikiem. Gdy wróciłam do pałacu, było dobrze po południu, w mojej komnacie zastałam zatroskaną Alice.
- Lunitari gdzieś ty była ?! Szukam cie po całym pałacu od dobrych 2 godzin ! – Rzuciła się na mnie przez co z rąk wypadły mi tobołki z rzeczami jakie zabrałam z gildii.
- Już, spokojnie. Możesz mnie puścić nie mogę oddychać. – Mruknęłam.
- Ach przepraszam, już cię puszczam. – Młoda elfka odsunęła się ode mnie i bacznie zlustrowała całą moja postać. – Dlaczego jesteś ubrana w „coś” takiego ?
- Byłam zamknąć pewien rozdział w swoim życiu, skoro mam być kanclerzem musiała to zrobić. – Alice jedynie wzruszyła ramionami, nie pytając o nic więcej. – O której jest bal ?
- O 20:00 czyli za jakieś 3 godziny, więc musimy się spieszyć. Przyniosę ci coś do jedzenia, a ty w tym czasie weź kąpiel. – Nie zdążyłam nic powiedzieć, gdyż Alice wyleciał z komnaty w ekspresowym tempie. Odstawiłam tobołki koło łóżka i poszła za radą elfki. Gdy wyszłam z łazienki po dość długiej i odprężającej kąpieli. Alice czekała już na mnie z posiłkiem i przeglądała suknie w jakie wisiały w szafie. Szybko zjadłam przyniesiony mi posiłek i zabrałam się za wypakowywanie rzeczy które przytaszczyłam z „Czarnych Sztyletów”. Po przerzuceniu wszystkich swoich rzeczy jakie miałam w tobołkach, na bal wybrałam ciemno-niebieską długa suknię, z marszczonym gorsetem. Alice rozczesała mi włosy i wpięła w nie spinkę od Illidana. Na ramiona założyłam wężowe bransolety z delikatnie świecącym blado niebieskim kryształem. Prezent a zarazem symbol bycia kanclerzem Lady Vashj.
- Wyglądasz niesamowicie ! – Zachwycała się Alice. – Tak skromnie ubrana ale jaki to daje efekt !
- Dobra uspokój się już. Ile czasu zostało do balu ? – Spytałam.
- Jakieś 15 minut. Leć już, na pewno wszystkich olśnisz. Jakby nie było to bal na powitanie naszego nowego kanclerza. – Słowa Alice uderzyły we mnie jak grom z jasnego nieba. Już ja się policzę z tym pieprzonym „królewskim padalcem”!Wrzasnęłam sobie w myślach i szybkim krokiem udałam się do sali balowej . . .
- Witaj Lunitari, trochę czasu cie u nas nie było.
- Nic mi nie mów, jak mniemam Majkel jest wściekły. – Bardziej stwierdziłam niż zapytałam.
- Gdzie tam Majkel, to nic niech no tylko Deathskall cię dopadnie. – Pokrzepiona jakże optymistycznymi słowami Acalosa, szybko udałam się do pokoju jaki dzieliłam z Sellen.
- Kogo my tu mamy ?! Piesek „jego wysokości”. – Zakpiła.
- Też się ciesze że cię widzę. – Odparłam i zaczęłam szybko pakować swoje rzeczy. – Majkel jest u siebie ?
- Tak, ale dziś od rana miał fatalny humor. Teraz już wiem czemu.
- Bardzo zabawne, myślałam że jesteś po mojej stronie.
- Wiesz to nie ja całymi dniami pławie się w luksusie. – Więc to oto jej chodziło . . .
- Jak tak bardzo chcesz to możemy się zamienić, ja już mam dość traktowania jak rzecz. – Syknęłam ostro na Sellen, co jak co ale takiego zachowania się po niej nie spodziewałam.
- Dobra przepraszam, jak chcesz pójdę z tobą do Majkela.
- Dzięki. – Szybko dokończyłam pakowanie i bez słowa pociągnęłam za sobą Sellen. Kiedy stanęłyśmy przed naszym pokojem, nagle zdałam sobie sprawę że kompletnie nie pamiętam tego miejsca. Sellen tylko wybuchnęła śmiechem widząc moją skrzywioną minę.
-Tędy ciamajdo. – Rzuciła i zaczęła mnie ciągnąc we właściwym kierunku. Trochę czasu zajęło nam dojście do komnaty Majkela. Cóż jakby nie patrzeć Majkel był i jest zastępcą dowódcy gildii Deathskall’a. To on pilnował porządku wśród członków gildii, co za tym idzie także ich karał. A mnie kara na pewno nie minie. Z jakże to optymistycznym nastawieniem, walczyłam z przemożną chęcią ucieczki a obowiązkiem zapukania do drzwi. Sellen widząc moje nie zdecydowanie, bez zbędnych ceregieli otworzyła kopniakiem drzwi.
- Majkel przyprowadziłam ci nasza mała zgubę ! – Rzuciła od progu, po czym wepchnęła mnie do środka, szybko zamykając drzwi.
- No, no kogo nam tu wreszcie przywiało ? – Usłyszałam w ciemnościach gardłowy głos zastępcy Skall’a, a po chwili zapłonęło w pomieszczeniu kilka świec.
- Witaj Majkel, mam nadzieje że humor ci dopisuje.
- Nie kpij sobie, tylko się tłumacz !
- Bo wiesz kiedy wracałam z targu, straż pałacowa mnie dorwała. No i zaciągnęli mnie oni do pałacu, gdzie robiłam za swoistą zabawkę Księcia.
- I ty myślisz że ja w to uwierzę ?! Bardziej bzdurnej historyjki nie mogłaś wymyślić ?
- Chciałam być szczera. – Odparłam spokojnie, czym jeszcze bardziej zdenerwowałam Majkel.
- Za jak wielkiego idiotę ty mnie masz Luni ?! Czy zdajesz sobie chociaż sprawę, z tego że za to co zrobiłaś Skall z przyjemnością poprze moją prośbę o to by pozbawić cię głowy ?! – Grzmiał z tego swojego fotela, a mnie jakoś nie wiem czemu nie ruszały jego słowa. Jednak ten miesiąc spędzony w pałacu zrobił swoje. Nie zrażona jego ciągnącym się dalej monologiem jaka to jestem nie odpowiedzialna, bawiłam się sztyletami. Co jeszcze bardziej musiało wkurzyć biednego poplecznika Sylvanas. Nagle ni z tego ni z owego, tuż kolo mojego ucha przeleciał sztylet Majkela. Zdziwiona trochę tym faktem spojrzałam w stronę nieumarłego.
- Dziękuję że łaskawie zechciałaś w końcu zwrócić na mnie swoja uwagę ! – Zagrzmiał.
- Wybacz, tak zaczęłam sobie myśleć czy podzielić się z tobą dobrymi wieściami jakie przyniosłam.
- Co masz na myśli ? – Zapytał minimalnie spokojniejszy, ale zaciekawiony moimi słowami.
- Pamiętasz jak mówiłam, że długo tu nie zabawię bo mam coś innego do zrobienia ?
- No pamiętam i co w związku z tym ?
- To że robię za zabawkę Kael’a to w 100 % prawda, a poza tym służę Lordowi Illidanowi. Który to wkopał mnie na pozycję kanclerza „Krwawych Elfów”. Zajebiste wieści no nie ? – Spytałam z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Ja wiem Lunitari że masz ostro nasrane pod kopułą, ale żeby aż tak ? Poza tym kto by cię chciał na kanclerze ? – Zakpił.
- Jeśli darujesz mi to przewinienie, to obiecuję że już więcej mnie tu nie zobaczysz, a gildia się wzbogaci i zyska amnestię na niektóre wyskoki. Co ty na to ?
- Za debila mnie masz ? Jesteś jedna z najlepszych złodziejek w tej gildii, chociaż jeśli chodzi o twoje zachowanie to pozostawia wiele do życzenia. Zresztą jak ty chcesz to niby załatwić ?
- Za dwa dni przyślij do pałacu przedstawiciela „Czarnych Sztyletów”, możesz to być nawet ty sam. Sellen cię zaprowadzi. Przekażesz strażnikowi ten list. – Wyjęłam z kieszeni już lekko pomiętą kopertę, i podałam ją Majkelowi. – Po tym zaprowadzą cie do sali tronowej, gdzie wraz z tym „królewskim padalcem” będziemy na czekać.
- Skąd mam wiedzieć że to nie pułapka ? Sellen twierdzi, że przetrzymywano cię w pałacu.
- Jeśli będą chcieli cię aresztować, stanę po stronie gildii. – Starałam się jakoś go przekonać. Gildia i królestwo dużo by zyskało na tej współpracy, pozostaje jeszcze poinformować o tym tego zawszonego zboczeńca.
- Przemyślę to i dam ci odpowiedź jutro, muszę to przedyskutować ze Skall’em. Co teraz będziesz robić ? – Zapytał już wyraźnie spokojniejszy.
- Będę działać w pałacu na swoim nowym stanowisku, aby trochę poprawić sytuacje tego królestwa. – Odparłam.
- Zdajesz sobie, że jeśli to wszystko co mówisz jest prawdą to prędzej czy później przyjdzie ci spotkać się z Sylvanas.
- Wiem. – Mruknęłam. – To mój problem i go jakoś sama załatwię.
- Jak chcesz, wiesz to jedyna osoba ze starożytnych która ma do ciebie jakieś wąty. – Stwierdził z wrednym uśmieszkiem.
- Dobra, masz. – Rzuciłam w jego stronę zawinięte w blado-czerwoną chustę sztylety. – Jak Elune da to zobaczymy się za dwa dni w pałacu. – Wzięłam swoje rzeczy i podeszłam do drzwi, w delikatnym drewnie tkwił rzucony wcześniej sztylet Majkela.
- Lunitari, będziemy tęsknić.
- Ja też Majkel, ja też. – Nie odwracając się, otworzyłam drzwi i wyszłam pozostawiając nieumarłego z jego nowym problemem. Przed komnatą czekała na mnie Sellen, niedbale oparta o jedną ze ścian.
- Widzę że żyjesz, a to ci niespodzianka. – Rzuciła, a jej słowa wręcz ociekały ironią.
- Myślałam że dałaś już sobie spokój z dobijaniem mnie, ale mniejsza z tym. Wyprowadzisz mnie stąd ? – Zapytałam robiąc minkę kotka ze „Shreka”.
- Daj już spokój, wyprowadzę cię z siedziby. – Machnęła jedynie ręka i zaczęła mnie prowadzić w odpowiednim kierunku. Przez całą drogę na zewnątrz nie odezwałyśmy się do siebie ani jednym słowem. Każda z nas w inny sposób przeżywała to rozstanie. Z Sellen trafiłyśmy do „Czarnych Sztyletów” w tym samym czasie. Mimo tego że kłóciłyśmy się dość często, trzymałyśmy się razem. Wyjście z gildii z pomocą Sellen zajęło mi o połowę mniej czasu niż dotarcie do niej. Przed budynkiem pożegnałam się z przyjaciółka i bezimiennym strażnikiem. Gdy wróciłam do pałacu, było dobrze po południu, w mojej komnacie zastałam zatroskaną Alice.
- Lunitari gdzieś ty była ?! Szukam cie po całym pałacu od dobrych 2 godzin ! – Rzuciła się na mnie przez co z rąk wypadły mi tobołki z rzeczami jakie zabrałam z gildii.
- Już, spokojnie. Możesz mnie puścić nie mogę oddychać. – Mruknęłam.
- Ach przepraszam, już cię puszczam. – Młoda elfka odsunęła się ode mnie i bacznie zlustrowała całą moja postać. – Dlaczego jesteś ubrana w „coś” takiego ?
- Byłam zamknąć pewien rozdział w swoim życiu, skoro mam być kanclerzem musiała to zrobić. – Alice jedynie wzruszyła ramionami, nie pytając o nic więcej. – O której jest bal ?
- O 20:00 czyli za jakieś 3 godziny, więc musimy się spieszyć. Przyniosę ci coś do jedzenia, a ty w tym czasie weź kąpiel. – Nie zdążyłam nic powiedzieć, gdyż Alice wyleciał z komnaty w ekspresowym tempie. Odstawiłam tobołki koło łóżka i poszła za radą elfki. Gdy wyszłam z łazienki po dość długiej i odprężającej kąpieli. Alice czekała już na mnie z posiłkiem i przeglądała suknie w jakie wisiały w szafie. Szybko zjadłam przyniesiony mi posiłek i zabrałam się za wypakowywanie rzeczy które przytaszczyłam z „Czarnych Sztyletów”. Po przerzuceniu wszystkich swoich rzeczy jakie miałam w tobołkach, na bal wybrałam ciemno-niebieską długa suknię, z marszczonym gorsetem. Alice rozczesała mi włosy i wpięła w nie spinkę od Illidana. Na ramiona założyłam wężowe bransolety z delikatnie świecącym blado niebieskim kryształem. Prezent a zarazem symbol bycia kanclerzem Lady Vashj.
- Wyglądasz niesamowicie ! – Zachwycała się Alice. – Tak skromnie ubrana ale jaki to daje efekt !
- Dobra uspokój się już. Ile czasu zostało do balu ? – Spytałam.
- Jakieś 15 minut. Leć już, na pewno wszystkich olśnisz. Jakby nie było to bal na powitanie naszego nowego kanclerza. – Słowa Alice uderzyły we mnie jak grom z jasnego nieba. Już ja się policzę z tym pieprzonym „królewskim padalcem”!Wrzasnęłam sobie w myślach i szybkim krokiem udałam się do sali balowej . . .
Noc 21 - Próba ogarnięcia chaosu . . .
Pełna złości i nie zrozumienia przez tego bufona udałam się do ogrodu gdzie już na mnie czekała Lady Solaris. Szczerze nie wiedziałam jak to z nią załatwić . . . No niby wiedziała już, że nie jestem pospolitą złodziejką ale kimś zdecydowanie wyżej postawionym. Zastałam ją w jednym z kwiatowych zagajników, teraz wyglądała zupełnie inaczej. Nie była taka zimna i odpychająca, stała się całkiem inną osobą . . .
- Lady Solaris, przepraszam ze musiałaś tyle na mnie czekać.
- Nie nic się nie stało . . . – Odparła zamyślona.
- Na początku chciałam cię przeprosić za moje wcześniejsze zachowanie wobec ciebie, zareagowałam zbyt impulsywnie.
- Ja też przepraszam, sądziłam że masz zamiar poprzez „jego wysokość” przejąć władzę, widać już miałaś to wcześniej lepiej zaplanowane.
- Doceniam twoją szczerość Lady, ale prawda jest zupełnie inna. Chodź nie liczę że uwierzysz w moje słowa.
- Cóż, tak czy siak jestem ciekawa jaką to historyjkę sobie wymyśliłaś. – Westchnęła i usiadła na pobliskiej marmurowej ławce.
- Beznadziejny przypadek . . . – Mruknęłam ledwo słyszalnie. – Zacznę może od tego dla czego podawałam się za złodziejkę. Z moich informacji wynika że ów gildia do której się zapisałam jest najlepiej poinformowana. Nie pomyliłam się w tej kwestii . . .
- Chcesz mi wmówić że margines społeczny wie więcej na temat kraju niż jego urzędnicy ? Dobre sobie.
- Owszem wiedzą więcej, w stolicy panuje straszna biedota. Łatwo idzie rozróżnić chłopów od szlachty. Tego normalnie nie powinno być. Ci co żyją na ulicach lepiej orientują się w tym temacie niż ci co całe swoje życie spędzają w pałacowych murach. W tej kwestii się chyba ze mną zgodzisz Lady ?
- Niech ci będzie, co i tak nie zmienia faktu twojego dojścia do władzy.
- Nie prosiłam się oto, moim zadaniem było sporządzenia raportu dla Lorda Illidan na temat waszego kraju. Dopiero wczoraj się dowiedziałam że mam zostać kanclerzem. Gdybym miała wybierać to odmówiła bym.
- Bo ci uwierzę ! – Prychnęła na mnie jak kotka.
- Wystarczy mi to że dowodzę wojskami Lorda Illidana i jestem kanclerzem Lady Vashj. – Westchnęłam ponuro, za to Solaris zaczęła mi się dziwnie przyglądać. – Wróć teraz już nie jestem dowódcą wojsk tylko kanclerzem . . . po co ja się w ogóle pchałam w znajomość z Illidanem . . . – Solaris naglę wybuchnęła gromkim śmiechem, a ja zdałam sobie sprawę że ostatnie zdanie powiedziałam na głos. Teraz to będą jaja, nich no tylko Illidan się o tym dowie.
- Wybacz mi Lunitari, powoli zaczynam wierzyć w twoją opowiastkę. Tylko dręczy mnie jedna rzecz, co cię łączy z „jego wysokością” ?
- Masz na myśli tego walniętego padalca z koroną ?! Jak go dorwę to zabiję. – Zacisnęłam mocno dłonie w pięści starając się uspokoić narastającą we mnie złość na Kael’a.
- Dlaczego pałasz taką złością do niego, wydawało mi się że jesteście parą. Do tego ten pocałunek podczas balu. – Uśmiechnęła się do mnie przymilnie.
- Jeden wielki przypadek, a dlaczego go tak nie lubię ? Bo traktuje mnie jak swoistą własność, jak bym była nie wiem jego skarpetkami.
- Skarpetkami ? Ciekawe porównanie. – Stwierdziła.
- Raczej trafne tak też mnie traktuje, poza tym nawet nie słucha co mam do powiedzenia.
- Co masz na myśli ?
- Miałam zamiar już dzisiaj zaraz po radzie przedstawić mój plan działania, aby poprawić stan kraju. Widziałaś jak się to skończyło.
- Tak widziałam, jak chcesz możesz się ze mną nim podzielić. – Czy mnie się wydaje czy ona mnie podpuszcza ? Ale co mi tam, może zyskam jej poparcie ? W końcu to idealna osoba która jest w stanie wyperswadować coś Kael’owi.
- Co mi tam i tak byś się dowiedziała, bo plan obejmuje również ciebie. – Solaris mocno się zdziwiła słysząc moje słowa, czemu tu się dziwić przecież się nie bardzo lubimy.
- No to słucham . . . – Szybko pokrótce przedstawiłam jej plan, oraz kilka pomysłów na poprawę gospodarki i ukrócenie samowolki bogatych. Długo żeśmy rozmawiały, nie tylko na temat kraju ale także na zupełnie inne tematy. Jedno jest pewne wojny między nami już raczej nie będzie. – Jak by to powiedzieć plan jest całkiem dobry, jeśli chodzi o zarządzanie krajem i całą jego administrację. Tylko pytanie czy się sprawdzi.
- Ojj gwarantuję ci że jest skuteczny, wystarczy tylko spojrzeć jak się „Nagom” wiedzie.
- No masz racje . . . – Zamyśliła się na chwilę. – W sumie Lunitari źle cię oceniłam, przepraszam za to.
- Nie przejmuj się, jak już zapewniałam Kael cały jest twój. – Posłałam elfce szczery uśmiech.
- No nie wiem na razie jest zapatrzony w ciebie. – Po czym zaczęła się śmiać.
- Tak bardzo zabawne, dobijaj mnie bardziej . . .
- Lunitari, Lady Solaris. – Strażnik ukłonił się nam, po czym zwrócił się w kierunku Solaris.
- Lady jesteś wzywana przed oblicze Lorda Illidana.
- Wiadomo w jakim celu ? – Zapytałam.
- Nie zdradzono mi szczegółów, jedynie proszono o pośpiech.
- No cóż nie pozostaje mi nic innego, jak cię Lunitari przeprosić i mieć nadzieje że jeszcze będziemy mogły odbyć nie jedną taką miłą pogawędkę.
- Tez mam taką nadzieje Lady. – Pożegnałyśmy się i zostałam sama w ogrodzie. Westchnęłam czeka mnie jeszcze parę spraw no i rozmowa z Kael’em. Przeciągnęłam się leniwie i przypomniała mi się pewien fakt. Nie ma sztyletów, w dalszym ciągu są one w rękach tego padalca . . . Nie pozostało mi nic innego jak tylko przyśpieszyć moje spotkanie z Kael’em. Wstałam i powoli, ale to bardzo powoli udałam się do komnaty, której starałam się unikać jak ognia. Moje krążenie pod drzwiami Kael’a mogło dla osób trzecich wyglądać niezwykle zabawnie. Ehh ile bym dała aby uniknąć tego spotkania, bądź co bądź dostałam małą zapowiedź tego co mnie czeka. Po jakiś 20 minutach, zebrałam się w sobie i zapukałam.
- Witaj, wiedziałem że przyjdziesz.
- Przestań się tak chełpić bo kiedyś ci przyłożę „wasza wysokość”.
- Ehh jak zwykle bojowo nastawiona . . . Zapraszam. – Przepuścił mnie, po czym szybko zamknął drzwi. Usiadłam przy stoliku.
- Dwie sprawy. -Rzuciłam. – Pierwsza oddaj mi moje sztylety, druga zacznij do cholery współpracować !
- Niczego cię chyba nie nauczył pobyt tutaj. Jesteś na mojej łasce, co najwyżej możesz prosić, ale nie żądać. – Powoli zaczął podchodzić do mnie, a jego mina wskazywała na skrajnie utrzymywany spokój.
- Wyjaśnijmy sobie coś. – Wstałam i sama podeszłam do Kael’a. – Jeśli mam tu zostać muszę udać się do siedziby gildii „Czarnych Sztyletów”, aby się tam dostać potrzebuje mojej broni.
- Widzę że coś się w tobie zmieniło od naszej rozmowy w sali obrad.
- Tak ,wiem dorosłam i wzięłam sobie do serca powierzone mi przez Illidana zadanie. – Prychnęłam, co on mnie za idiotkę miał? Już ja mu pokażę . . .
- Nie podoba mi się twój ton. Przypomnij mi proszę od kiedy to na powrót jesteśmy na „ty” ? – Zrezygnowana usiadłam na pościeli (było najbliżej). Kael jedynie przyglądał mi się bacznie. Po czym oparł się o kolumnę łóżka.
- Mam już dość tej twojej zabawy Książe, muszę koniecznie odzyskać te sztylety.
- Nie ma nic za darmo. – Odparł i pchnął mnie na pościel. W tej właśnie oto chwili doznałam olśnienia. Nigdy to nie spuszczać gardy przy tym padalcu. Kael za to w miedzy czasie przyszpilił mnie do materaca i zaklęciem związał mi dłonie ponad głową.
- Cholera . . . – Tylko tyle zdążyłam powiedzieć, bo to coś zwane elfem zatkało mi dłonią usta.
- A teraz Lunitari słuchaj uważnie. Jesteś moją własnością czy ci się to podoba czy nie. Dam ci te sztylety o które tak bardzo jęczysz, ale jak już mówiłem nie ma nic za darmo. – Czy mówiłam już jak bardzo go nie cierpię ? Szarpnęłam się, próbując wyrwać się spod jego uścisku. To był duży błąd. Kael naparł na mnie jeszcze bardziej swoim ciałem, tym samym mocniej wbijając mnie w materac. jakby fakt tego że na mnie siedzi nie wystarczył. – Nie szarp się tak, to nic nie da. – Miałam najszczerszą ochotę zmazać mu z twarzy ten triumfalny uśmieszek. Nagle zaświtał w mojej głowie pomysł jak to zrobić. Ugryzłam go w rękę którą przysłonił mi usta.
- Auu, ty mała . . . -Przerwał widząc mój wściekły wzrok.
- Przysięgam Książe, jeszcze chwila i naprawdę twoje życie się zakończy, bardzo ale to bardzo boleśnie. – Wyszeptałam cicho zaklęcie uwalniając się z więzów. Etap pierwszy zaliczony teraz tylko muszę znaleźć sposób ja go z siebie zepchnąć.
- Niech cię Lunitari, czemu zawszę jeśli chodzi o ciebie moje plany idą w łeb ?
- Bo cię nie lubię. – Odpowiedziałam pierwszą lepszą rzecz jaka mi w tamtej chwili do głowy przyszła. Kael jedynie się na to skrzywił.
- Co ja się z tobą mam.- Mruknął. – Dasz mi buziaka na przeprosiny to cię puszcze.
- Phi, jeszcze czego ! Za jaką idiotkę . . . – I nie udało mi się skończyć zdania, bo Kael delikatnie mnie uciszył. Przez cały czas trwania pocałunku szarpałam się, ale to i tak nic nie dało. U nas to już chyba jakaś rutyna. Kael mnie molestuje a ja po mimo wszelkich starań, nic nie mogę na to poradzić. Kiedy ten padalec wreszcie stwierdził ze mu wystarczy, odczepił się ode mnie i wstał. Usiadłam na łóżku i rzuciłam w jego stronę zrezygnowana.
- Ja ja cię nie cierpię nie masz nic ciekawszego do roboty niż mnie molestować ?
- Mówiłem że będziesz mi dostarczać rozrywki, czyż nie ? – Już nic nie powiedziałam Kale za to grzebał w jednej z szafek.
- Trzymaj. – Rzucił w moim kierunku płócienny worek. – Oddaje ja obiecałem, ale z to widzę cię dziś wieczorem na balu. Będziesz towarzyszyć mi i Illidanowi.
- Jaka sobie chcesz. – Rzuciłam od niechcenia i podałam mu pusty worek. Bez słowa wyszłam z komnaty tek „Królewskiego dupka” i poszłam się przebrać w swoje stare ciuchy. Czas udać się do siedziby gildii i wyjaśnić co nie co. Zapowiada się długi i męczący dzień. Mam jedynie nadzieje że Majkel nie wstał dzisiaj lewą nogą . . .
- Lady Solaris, przepraszam ze musiałaś tyle na mnie czekać.
- Nie nic się nie stało . . . – Odparła zamyślona.
- Na początku chciałam cię przeprosić za moje wcześniejsze zachowanie wobec ciebie, zareagowałam zbyt impulsywnie.
- Ja też przepraszam, sądziłam że masz zamiar poprzez „jego wysokość” przejąć władzę, widać już miałaś to wcześniej lepiej zaplanowane.
- Doceniam twoją szczerość Lady, ale prawda jest zupełnie inna. Chodź nie liczę że uwierzysz w moje słowa.
- Cóż, tak czy siak jestem ciekawa jaką to historyjkę sobie wymyśliłaś. – Westchnęła i usiadła na pobliskiej marmurowej ławce.
- Beznadziejny przypadek . . . – Mruknęłam ledwo słyszalnie. – Zacznę może od tego dla czego podawałam się za złodziejkę. Z moich informacji wynika że ów gildia do której się zapisałam jest najlepiej poinformowana. Nie pomyliłam się w tej kwestii . . .
- Chcesz mi wmówić że margines społeczny wie więcej na temat kraju niż jego urzędnicy ? Dobre sobie.
- Owszem wiedzą więcej, w stolicy panuje straszna biedota. Łatwo idzie rozróżnić chłopów od szlachty. Tego normalnie nie powinno być. Ci co żyją na ulicach lepiej orientują się w tym temacie niż ci co całe swoje życie spędzają w pałacowych murach. W tej kwestii się chyba ze mną zgodzisz Lady ?
- Niech ci będzie, co i tak nie zmienia faktu twojego dojścia do władzy.
- Nie prosiłam się oto, moim zadaniem było sporządzenia raportu dla Lorda Illidan na temat waszego kraju. Dopiero wczoraj się dowiedziałam że mam zostać kanclerzem. Gdybym miała wybierać to odmówiła bym.
- Bo ci uwierzę ! – Prychnęła na mnie jak kotka.
- Wystarczy mi to że dowodzę wojskami Lorda Illidana i jestem kanclerzem Lady Vashj. – Westchnęłam ponuro, za to Solaris zaczęła mi się dziwnie przyglądać. – Wróć teraz już nie jestem dowódcą wojsk tylko kanclerzem . . . po co ja się w ogóle pchałam w znajomość z Illidanem . . . – Solaris naglę wybuchnęła gromkim śmiechem, a ja zdałam sobie sprawę że ostatnie zdanie powiedziałam na głos. Teraz to będą jaja, nich no tylko Illidan się o tym dowie.
- Wybacz mi Lunitari, powoli zaczynam wierzyć w twoją opowiastkę. Tylko dręczy mnie jedna rzecz, co cię łączy z „jego wysokością” ?
- Masz na myśli tego walniętego padalca z koroną ?! Jak go dorwę to zabiję. – Zacisnęłam mocno dłonie w pięści starając się uspokoić narastającą we mnie złość na Kael’a.
- Dlaczego pałasz taką złością do niego, wydawało mi się że jesteście parą. Do tego ten pocałunek podczas balu. – Uśmiechnęła się do mnie przymilnie.
- Jeden wielki przypadek, a dlaczego go tak nie lubię ? Bo traktuje mnie jak swoistą własność, jak bym była nie wiem jego skarpetkami.
- Skarpetkami ? Ciekawe porównanie. – Stwierdziła.
- Raczej trafne tak też mnie traktuje, poza tym nawet nie słucha co mam do powiedzenia.
- Co masz na myśli ?
- Miałam zamiar już dzisiaj zaraz po radzie przedstawić mój plan działania, aby poprawić stan kraju. Widziałaś jak się to skończyło.
- Tak widziałam, jak chcesz możesz się ze mną nim podzielić. – Czy mnie się wydaje czy ona mnie podpuszcza ? Ale co mi tam, może zyskam jej poparcie ? W końcu to idealna osoba która jest w stanie wyperswadować coś Kael’owi.
- Co mi tam i tak byś się dowiedziała, bo plan obejmuje również ciebie. – Solaris mocno się zdziwiła słysząc moje słowa, czemu tu się dziwić przecież się nie bardzo lubimy.
- No to słucham . . . – Szybko pokrótce przedstawiłam jej plan, oraz kilka pomysłów na poprawę gospodarki i ukrócenie samowolki bogatych. Długo żeśmy rozmawiały, nie tylko na temat kraju ale także na zupełnie inne tematy. Jedno jest pewne wojny między nami już raczej nie będzie. – Jak by to powiedzieć plan jest całkiem dobry, jeśli chodzi o zarządzanie krajem i całą jego administrację. Tylko pytanie czy się sprawdzi.
- Ojj gwarantuję ci że jest skuteczny, wystarczy tylko spojrzeć jak się „Nagom” wiedzie.
- No masz racje . . . – Zamyśliła się na chwilę. – W sumie Lunitari źle cię oceniłam, przepraszam za to.
- Nie przejmuj się, jak już zapewniałam Kael cały jest twój. – Posłałam elfce szczery uśmiech.
- No nie wiem na razie jest zapatrzony w ciebie. – Po czym zaczęła się śmiać.
- Tak bardzo zabawne, dobijaj mnie bardziej . . .
- Lunitari, Lady Solaris. – Strażnik ukłonił się nam, po czym zwrócił się w kierunku Solaris.
- Lady jesteś wzywana przed oblicze Lorda Illidana.
- Wiadomo w jakim celu ? – Zapytałam.
- Nie zdradzono mi szczegółów, jedynie proszono o pośpiech.
- No cóż nie pozostaje mi nic innego, jak cię Lunitari przeprosić i mieć nadzieje że jeszcze będziemy mogły odbyć nie jedną taką miłą pogawędkę.
- Tez mam taką nadzieje Lady. – Pożegnałyśmy się i zostałam sama w ogrodzie. Westchnęłam czeka mnie jeszcze parę spraw no i rozmowa z Kael’em. Przeciągnęłam się leniwie i przypomniała mi się pewien fakt. Nie ma sztyletów, w dalszym ciągu są one w rękach tego padalca . . . Nie pozostało mi nic innego jak tylko przyśpieszyć moje spotkanie z Kael’em. Wstałam i powoli, ale to bardzo powoli udałam się do komnaty, której starałam się unikać jak ognia. Moje krążenie pod drzwiami Kael’a mogło dla osób trzecich wyglądać niezwykle zabawnie. Ehh ile bym dała aby uniknąć tego spotkania, bądź co bądź dostałam małą zapowiedź tego co mnie czeka. Po jakiś 20 minutach, zebrałam się w sobie i zapukałam.
- Witaj, wiedziałem że przyjdziesz.
- Przestań się tak chełpić bo kiedyś ci przyłożę „wasza wysokość”.
- Ehh jak zwykle bojowo nastawiona . . . Zapraszam. – Przepuścił mnie, po czym szybko zamknął drzwi. Usiadłam przy stoliku.
- Dwie sprawy. -Rzuciłam. – Pierwsza oddaj mi moje sztylety, druga zacznij do cholery współpracować !
- Niczego cię chyba nie nauczył pobyt tutaj. Jesteś na mojej łasce, co najwyżej możesz prosić, ale nie żądać. – Powoli zaczął podchodzić do mnie, a jego mina wskazywała na skrajnie utrzymywany spokój.
- Wyjaśnijmy sobie coś. – Wstałam i sama podeszłam do Kael’a. – Jeśli mam tu zostać muszę udać się do siedziby gildii „Czarnych Sztyletów”, aby się tam dostać potrzebuje mojej broni.
- Widzę że coś się w tobie zmieniło od naszej rozmowy w sali obrad.
- Tak ,wiem dorosłam i wzięłam sobie do serca powierzone mi przez Illidana zadanie. – Prychnęłam, co on mnie za idiotkę miał? Już ja mu pokażę . . .
- Nie podoba mi się twój ton. Przypomnij mi proszę od kiedy to na powrót jesteśmy na „ty” ? – Zrezygnowana usiadłam na pościeli (było najbliżej). Kael jedynie przyglądał mi się bacznie. Po czym oparł się o kolumnę łóżka.
- Mam już dość tej twojej zabawy Książe, muszę koniecznie odzyskać te sztylety.
- Nie ma nic za darmo. – Odparł i pchnął mnie na pościel. W tej właśnie oto chwili doznałam olśnienia. Nigdy to nie spuszczać gardy przy tym padalcu. Kael za to w miedzy czasie przyszpilił mnie do materaca i zaklęciem związał mi dłonie ponad głową.
- Cholera . . . – Tylko tyle zdążyłam powiedzieć, bo to coś zwane elfem zatkało mi dłonią usta.
- A teraz Lunitari słuchaj uważnie. Jesteś moją własnością czy ci się to podoba czy nie. Dam ci te sztylety o które tak bardzo jęczysz, ale jak już mówiłem nie ma nic za darmo. – Czy mówiłam już jak bardzo go nie cierpię ? Szarpnęłam się, próbując wyrwać się spod jego uścisku. To był duży błąd. Kael naparł na mnie jeszcze bardziej swoim ciałem, tym samym mocniej wbijając mnie w materac. jakby fakt tego że na mnie siedzi nie wystarczył. – Nie szarp się tak, to nic nie da. – Miałam najszczerszą ochotę zmazać mu z twarzy ten triumfalny uśmieszek. Nagle zaświtał w mojej głowie pomysł jak to zrobić. Ugryzłam go w rękę którą przysłonił mi usta.
- Auu, ty mała . . . -Przerwał widząc mój wściekły wzrok.
- Przysięgam Książe, jeszcze chwila i naprawdę twoje życie się zakończy, bardzo ale to bardzo boleśnie. – Wyszeptałam cicho zaklęcie uwalniając się z więzów. Etap pierwszy zaliczony teraz tylko muszę znaleźć sposób ja go z siebie zepchnąć.
- Niech cię Lunitari, czemu zawszę jeśli chodzi o ciebie moje plany idą w łeb ?
- Bo cię nie lubię. – Odpowiedziałam pierwszą lepszą rzecz jaka mi w tamtej chwili do głowy przyszła. Kael jedynie się na to skrzywił.
- Co ja się z tobą mam.- Mruknął. – Dasz mi buziaka na przeprosiny to cię puszcze.
- Phi, jeszcze czego ! Za jaką idiotkę . . . – I nie udało mi się skończyć zdania, bo Kael delikatnie mnie uciszył. Przez cały czas trwania pocałunku szarpałam się, ale to i tak nic nie dało. U nas to już chyba jakaś rutyna. Kael mnie molestuje a ja po mimo wszelkich starań, nic nie mogę na to poradzić. Kiedy ten padalec wreszcie stwierdził ze mu wystarczy, odczepił się ode mnie i wstał. Usiadłam na łóżku i rzuciłam w jego stronę zrezygnowana.
- Ja ja cię nie cierpię nie masz nic ciekawszego do roboty niż mnie molestować ?
- Mówiłem że będziesz mi dostarczać rozrywki, czyż nie ? – Już nic nie powiedziałam Kale za to grzebał w jednej z szafek.
- Trzymaj. – Rzucił w moim kierunku płócienny worek. – Oddaje ja obiecałem, ale z to widzę cię dziś wieczorem na balu. Będziesz towarzyszyć mi i Illidanowi.
- Jaka sobie chcesz. – Rzuciłam od niechcenia i podałam mu pusty worek. Bez słowa wyszłam z komnaty tek „Królewskiego dupka” i poszłam się przebrać w swoje stare ciuchy. Czas udać się do siedziby gildii i wyjaśnić co nie co. Zapowiada się długi i męczący dzień. Mam jedynie nadzieje że Majkel nie wstał dzisiaj lewą nogą . . .
Subskrybuj:
Posty (Atom)
