Nightmare – Akt I
Vajsh i Illidan poszli coś omówić odnośnie naszej wprawy zniszczenia „Tronu Mrozu”. Ja wydałem już wszystkim rozkazy i mam w końcu chwile spokoju. Ciągle nie jestem pewny swojej decyzji. Niby Illidan obiecał pomóc nam pokonać „Głód Magii”, jaki odczuwamy, ale te pustkowia nie napawają mnie spokojem. I pomyśleć, że od teraz to będzie nasz nowy dom. „Hellfire” nie wyglądało tak źle, a jest już zajęte przez Orków. Ja tymczasem czekam na rozkazy. Nie mam nic przeciwko „Shadowmoon Valley”, ale strasznie tu ponuro. Z tego, co mówił mi Akama, niegdyś była to piękna kraina, a i świątynia wyglądała inaczej. Zaczynam się obawiać zdrady ze strony Akam’y. Niby przysiągł wierność mistrzowi, ale nie toleruje jego rozkazów i decyzji. Nie powiem nie, też się z kilkoma nie zgadzam, ale przynajmniej Illidan docenia fakt, że ja i moi bracia jesteśmy wojownikami. Tutaj przynajmniej jesteśmy doceniani… Ehh może powinienem przestać się tym zamartwiać, i tak nie ma już odwrotu. Zawsze mogło być gorzej. „Sojusz” skazał mnie i moich ludzi na śmierć. Oczekiwaliśmy wykonania wyroku, gdyby nie Lady Vajsh… Właśnie gdyby nie Lady Vajsh.
- Jeszcze chwila i zwariuję od tych myśli! Jest coraz gorzej, zaczynam nawet mówić do siebie… – z rezygnacją pokręciłem głową i udałem się na mały spacer, aby zwiedzić chodź trochę „Black Temple”. Ponure kamienne korytarze raczej, jeszcze bardziej potęgowały moje zmartwienie, niż je niwelowały. Splugawiona przez demony świątynia budziła strach i respekt wśród mieszkańców „Outland’ów”. Sporo czasu zajęła mi wędrówka krętymi korytarzami, zanim dotarłem na taras, na samym szczycie świątyni. Widok był niezwykły, ostre szczyty migoczące na tle skrzącego się zielenią nieba. Spadające odłamki tego świata, skrzące się prawie że żółtym ogniem. Do tego słońce starające się przebić przez masywne kłęby czarnego dymu i chmur. Podszedłem do barierki tarasu opierając się o nią, podziwiając ten jakże niepokojący krajobraz. Na tym pustkowiu trzeba być czujnym. Nigdy nie wiadomo, z której strony może cię zaatakować jakieś stworzenie. Tak, więc kiedy kątem oka dostrzegłem jakiś ruch obok mnie, momentalnie zareagowałem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to zwykły, malutki, niepozorny zwierzaczek. W sumie takie zwykłe to stworzonko nie było. Przypominało królika, ale było trochę od niego większe, no i posiadało skrzydła, jak i coś na kształt jelenich rogów.
- Ehh chyba popadam w paranoje. – westchnąłem pod nosem. – Chodź do mnie nie bój się maleńki. – zwierzątko niepewnie podeszło do mojej wyciągniętej dłoni. Powoli, aby nie straszyć malca zacząłem go głaskać. Miał takie delikatne futerko. Pod wpływem mojego dotyku zwierzaczek zaczął mruczeć jak duże kocisko. – Jakie ciekawe z ciebie stworzonko. Zastanawiam się jak sobie dajesz radę w tym świecie? Jesteś przecież taki mały i niepozorny. – Od razu mogłem pożałować tych słów, gdyż uraziłem go, co skończyło się zadrapaniem i bolesnym ugryzieniem w dłoń, którą go głaskałem. Po tym wydarzeniu sprawca zwiał tak niespodziewanie, jak się pojawił. Oderwałem kawałek swojego płaszcza i zabandażowałem sobie nim dość obficie krwawiącą dłoń. Już niedługo potem mogłem odczuć jakże nieprzyjemne skutki uboczne obrażania nieznanych mi do tej pory zwierzątek. Kręcąc z rezygnacją głową udałem się do swojej komnaty.
~~~~ * Dwie godziny później * ~~~~
- Książe wybacz że ci przeszkadzam, ale Lord Illidan cię wzywa.
- Wszystko w porządku, już do niego idę. – Strażnik skłonił się i odszedł. Ja tymczasem zdążyłem zmienić sobie opatrunek i ruszyłem na spotkanie z mistrzem. W końcu dowiem się, kiedy wyruszymy na „Tron Mrozu”.
Co się ze mną dzieje? W głowie mi się kręci niczym na karuzeli goblinów, aż tyle krwi przecież nie straciłem. Zaraz po spotkaniu z mistrzem Illidanem udam się do medyków, może oni coś na to poradzą. Kilka kroków od zajmowanego przeze mnie pokoju, wirowanie ustało. Przynajmniej będę mógł się skupić na temacie rozmowy, jaką mam odbyć z mistrzem. Po krótkiej przechadzce dotarłem pod główną komnatę świątyni. Zapukałem lekko, ale stanowczo w masywne drzwi.
- Proszę. – Wszedłem do komnaty trochę chwiejnym krokiem, w głowie ponownie zaczęło mi wirować jak na złość… Jak dorwę tego futrzaka, to zrobię sobie z niego rękawiczki.
- Wzywałeś mnie, mistrzu.
- Tak Kael’u, chciałem omówić z tobą kwestię naszej wyprawy. Jak ci wiadomo część wojsk musi pozostać na straży świątyni. Jak wielu możesz zostawić tu swoich wojowników? – widać Illidan się nie patyczkuje, tylko od razu przechodzi do konkretów. Za to moje ciało powoli odmawia mi posłuszeństwa. Musimy szybko załatwić te szczegóły, abym mógł odpocząć.
- Połowę oddziału Sailecerów, czarodziejek i kapłanów oraz cały odział łuczniczek, mistrzu. Jeśli to nie wystarczy mogę pozostawić także oddział piechoty.
- Nie będzie to konieczne, tyle wojska starczy. Vajsh też pozostawi tu swoich ludzi. Ustaliliśmy, że Akama zajmie się obroną świątyni podczas naszej nieobecności. Masz ku temu jakieś obiekcje?
- Nie mistrzu, zdecydowanie popieram twoją decyzje. – powoli zaczynało mi ciemnieć przed oczami. Jak tak dalej pójdzie, to stracę przytomność. Illidan podszedł do mnie. Mimo swojej opaski na oczach wydawało się, że doskonale wszystko widzi.
- Kael’Thasie powiedz mi, jak się czujesz? Twoja aura wydaje się szaleć z jakiegoś powodu. Jesteś mi potrzebny w tej wyprawie.
- To nic takiego mistrzu Illidanie, zapewniam. Zaraz po tej rozmowie planowałem zajrzeć do kapła… – No i stało się. Gdyby Illidan tego nie przeciągał, może nie skompromitowałbym się tak przed nim. Nie dużo czasu zajęło mi odzyskanie przytomności. Ku mojemu zaskoczeniu znajdowałem się w zupełnie innej komnacie, dużo mniejszej i bardziej mroczno przyozdobionej. Masywne łoże, na którym się znajdowałem było oddzielone od reszty pomieszczenia, ciężkimi, granatowymi kotarami, które obecnie były związane tak, by można było dostrzec pozostałe wnętrze komnaty. Powoli i z trudem usiadłem na pościeli.
- Widzę, że się już ocknąłeś. Możesz mi powiedzieć, co się stało i dlaczego z twojej dłoni krew leci strumieniem?
- To przez moją nieuwagę. – spojrzałem w bok. Jeszcze tego brakowało, abym się nad sobą użalał. – Zaatakowało mnie małe, niepozorne zwierze. – Illidan podszedł do mnie i usiadł na łóżku.
- Wygląda na to, że będziemy musieli przełożyć wyprawę na „Tron Mrozu”. Planowałem ruszyć pod koniec tygodnia.
- Nie ma takiej potrzeby mistrzu. Do końca tygodnia wyzdrowieję. – Illidan zaczął głaskać mnie delikatnie po głowie.
- Martwię się o ciebie, jak mówiłem jesteś mi potrzebny. – Spuściłem głowę. Nie chciałem na niego patrzeć. Miałem wrażenie, że cały czas przygląda mi się spod tej opaski. Ale muszę przyznać, że dotyk jego dłoni uspokajał, chociaż może to złe określenie na to, co czułem?
- Jestem wojownikiem panie, nie ma potrzeby, aby się o mnie martwić.
- Wydajesz się taki rozkoszny. Sytuacja zmusiła cię do bycia wojownikiem, Książe. – określenie Illidana odnośnie mojej osoby nie wiem czemu sprawiło, że zacząłem się delikatnie rumienić. JA ? To przecież niedorzeczne. Lady Vajsh miałaby niezłe przedstawienie.
- Mi… mistrzu … – zacząłem się ciąć. Co się ze mną dzieje?! Illidan najwyraźniej nic sobie z tego nie robił, gdyż najzwyczajniej w świecie przybliżył się trochę i podniósł moją twarz na wysokość swojej.
- Nie bój się. To nie boli, a daje dużo przyjemności. – uśmiech jaki pojawił się po tych słowach na twarzy Illidana, był jakiś taki złowieszczy. To się raczej dobrze nie zakończy.
- Mistrzu co masz na myśli?
- Nic wielkiego, odpręż się.
- Ale… – słowa uwięzły mi w gardle, gdy twarz Lorda znalazła się niebezpiecznie blisko mojej. Czy ON zamierza zrobić to o czym teraz myślę? Momentalnie na wizję tego zdarzenia moje policzki musiał pokryć jeszcze większy rumieniec. Do jasnej anielki zachowuję się jak jakaś baba! Za to Illidan wydawał się być zadowolony z takiego obrotu spraw.
- Powiedz mi, o czym teraz myślisz, mój słodki, elfi Książe? – jego ton głosu stał się nagle taki głęboki i dziwnie przyciągający. Czułem na swoich ustach jego oddech, gdy wypowiadał te słowa, a ja nie miałem pojęcia co odpowiedzieć. Po raz pierwszy przytrafiło mi się coś takiego. Wśród mężczyzn nie byłem obiektem westchnień. Pomimo wielu spekulacji na temat tego, że elfy są androgenne, nie miałem okazji przekonać się o tym osobiście. Może inaczej. Ja miałem wygórowane potrzeby, a inni nie posiadali takiej odwagi, by się do mnie zbliżyć. To Illidan był tym pierwszym, który tak bardzo naruszył moją przestrzeń osobistą. Nie mam zbyt dużego doświadczenia w tych kwestiach. Co robić? Przecież mnie tak naprawdę faceci nie interesują. – Czekam. – przyjemnie wibrujący w powietrzu głos, wyrwał mnie, z jakże interesujących myśli.
- Ja… – zawahałem się. – Zastanawiam się nad tym, co masz zamiar teraz zrobić, mistrzu.
- A co chcesz abym zrobił ? – nie czekając na moją odpowiedź zaczął mnie całować. Zaraz, zaraz. CAŁOWAĆ!? Ale to uczucie jest takie przyjemne. Mimowolnie zamknąłem oczy i kompletnie poddałem się woli Illidana. Dzisiaj nie będę z tym walczył, cokolwiek to jest. Czasami ogarniało mnie takie uczucie jak teraz, ale nigdy nie znalazłem jego ujścia.
Jestem zbyt zmęczony. Pocałunek był delikatny, ale bardzo namiętny i dosyć długi. Kiedy Lord odsunął się ode mnie na kilka centymetrów przerywając pocałunek, zauważyłem że zdążył mnie położyć na pościeli. Nagle zdałem sobie sprawę do czego to może prowadzić. Serce zaczęło walić mi jak szalone.
- Nie bój się. Obiecuję, że to nie będzie boleć. – nie wiem co Lord Illidan miał na myśli, mówiąc że nie będzie boleć. Pierwszy raz w swoim życiu zaczynam się naprawdę bać. Mężczyzna nie ruszył się ani na milimetr, jakby czegoś wyczekując. Nie wiem czy wyczuł moją niepewność, bo jego aura nagle się zmieniła, zamieniając się na o wiele spokojniejszą. Kiedy się odsunął, zastanawiałem się, czy rzeczywiście tego chciałem?
- No nic, odpoczywaj teraz. Dokończymy tę rozmowę jutro. – pogłaskał mnie jeszcze kilka razy po włosach i bez słowa wyszedł, zostawiając mnie samego z moimi jakże dziwnymi myślami.
Kael :D:D:D
Illidan :D:D:D
Oraz mały winowajca :D:D:D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz