Limuzyna zatrzymała się pod kolejnym domem. Wampirzyca wysiadła z samochodu, tym razem z mniejszymi obawami zostawiła swoich podopiecznych którzy to dyskutowali sobie zawzięcie. Była to dość bogata dzielnica domków jednorodzinnych, takie przynajmniej sprawiała wrażenie. Wampirzyca nie zdążyła podejść nawet do furtki od domu kolejnej uczennicy gdy ktoś staranował ją rowerem . . .
/Diabliczka Piekielniczka/
Ten dzień zaczął się koszmarnie. Nie dość, że obudził mnie jazgot psów sąsiada, to jeszcze wujek uparł się, abym po szkole poszła z nim do starej panny Hilton. Wrrr… Nie cierpiałam tej zgryźliwej kobiety bardziej niż najgorszych wrogów. A miałam ich trochę. Począwszy od szatniarki, poprzez rówieśników, nauczycieli, a skończywszy na samej pani dyrektor Dolacie. Lubiłam się uczyć i za wiedzę nikt nie mógł mnie usadzić. Ale moja obecność na zajęciach była zawsze dość przypadkowa. Wyznaję zasadę, że jeśli ktoś nie lubi ciebie, to lepiej go unikaj. A, że mnie nie lubi nikt, więc unikam wszystkich (całą szkołę). Proste. Wujek nie może tego zrozumieć. Po śmierci rodziców, to właśnie wujek Carlos wziął mnie pod swój dach. No cóż, bywa i tak czasami. Nadal tęsknię za rodzicami, ale czasu niestety nie cofnę. Pewnie wszyscy na tej chorej uczelni zastanawiają się jak ja to robię, że chociaż nie ma mnie na zajęciach to mam same piątki. Odpowiedź jest bardzo prosta. Czytam wszystkie książki, które są do przeczytania. Dzięki temu mam wiedzę z każdych zajęć. Coś jakby przeczytać wszystkie lektury ze spisu w liceum. Tym razem jednak pojawiłam się na nieszczęsnych zajęciach u profesora zwyczajnego pana Sztejnberga. Ale nie słuchałam ani trochę tego, co mówił. Moje myśli krążyły w innym kierunku. Mało ziemskim zresztą. Otworzyłam notes i pisałam kolejny tekst do swojej książki pt.: Światy.
- Pani z trzeciego rzędu, w bordowej bluzce proszę o powstanie. – usłyszałam w pewnym momencie.
Podniosłam wzrok z nad notesu. Ten stary, gruby facet wwiercał się we mnie wzrokiem. Wstałam.
- Słucham. – powiedziałam od niechcenia.
- Właśnie nie słuchasz.
- Wydaje ci się.
- Od kiedy smarkulo jesteśmy na „ty”? – spytał nieco podniesionym głosem.
- Od teraz. – odparłam spokojnie.
- Czy ja ci czasami nie przeszkadzam? – warknął.
- Owszem, przeszkadzasz.
To chyba był cios po niżej pasa dla wielce szanownego profesora, bo zrobił się czerwony jak pomidor, który leżał na jego biurku.
- O czym ja mówiłem?!! – wrzasnął.
- O proksemice i sferach bliskości. – odparłam oglądając długopis, który trzymałam w dłoni.
Facet zbaraniał. Wyszło z niego powietrze, jakby ktoś przebił napompowany balonik. Usiadł na krześle, które na całe szczęście było w pobliżu.
- Zadziwiasz mnie dziecko. – wysapał.
- Nie jestem dzieckiem, ani pańskim, ani jeśli chodzi o wiek. A teraz muszę już iść.
Notes i długopis wrzuciłam do torby i szybkim krokiem wyszłam z sali. Na odchodnym usłyszałam jak Sztejnberg mówił, że reszty wykładu nie będzie, bo głowa go rozbolała i kazał wszystkim wyjść. Dziwny facet. Po opuszczeniu uczelni skierowałam swe kroki do Steve’s Bar.
- Hej Logan! – krzyknęłam do puszystej kucharki, która z uśmiechem na twarzy kleiła pierogi.
- Cześć Diabli! Chcesz coś zjeść? – spytała uprzejmie.
- Nie dzięki. Wpadłam tylko po rower.
- Szkoda, bo miałam nadzieję, że spróbujesz moich pierogów.
- Przykro mi Logan, ale dzisiaj nie mogę. Obiecałam wujkowi, że pójdę z nim do panny Hilton, a i tak już jestem spóźniona.
- To weź, chociaż kanapki z lodówki.
- Dobrze już dobrze. – powiedziałam wyciągając z chłodni cztery złożone kanapki zawinięte w worek.
- Chodź tutaj do mnie.
Podeszłam do Logan, a ona przytuliła mnie mocno i pocałowała w czoło.
- Teraz możesz lecieć. – uśmiechnęła się do mnie czule.
- Dzięki. Jesteś kochana. Ale o tym chyba już wiesz.
Westchnęła tylko, po czym zabrała się dalej do lepienia. Wyszłam z baru tylnym wyjściem i wsiadłam na rower. Wjechałam w dość luksusowa dzielnicę. Nadal bujałam w obłokach. Pisanie książki pochłaniało wiele mojego czasu. Wtem wpadłam na coś, a raczej jak się później okazało na kogoś.
- Aua! Patrz babo jak chodzisz! – krzyknęłam podnosząc się z chodnika. – Wiesz ile czasu musiałam zbierać na ten rower?!
- Kto tu na kogo wpadł ? Patrz czasem co robisz.
- Co za ludzie w dzisiejszych czasach. Pchają się pod koła i jeszcze gderają, ze im nie pasuje.
- Wybacz od kiedy to się jeździ środkiem chodnika ?
- Od zawsze. Poza tym, gdzie mam jeździć? Ulica jest dla samochodów, a chodnik dla pieszych. To, gdzie mam jeździć, jak nie ma ścieżek rowerowych w drodze do mojego domu, hę? – powiedziałam patrząc na kobietę spod byka.
- Niech będzie tym chodnikiem, ale bokiem dziecko nie środkiem jest różnica. Poza tym mogłabyś przeprosić i pomóc mi zbierać te wszystkie papiery.
- Chyba kpisz? – odparłam próbując wstać na nogi – Auuu… – jęknęłam z bólu, czując jak pulsuje mi kostka.
- Nigdy nie żartuję, a tym bardziej kpię z ludzi, coś cię boli ?
- Tak, kostka. Nie mogę wstać. Ale ciebie to i tak nie obchodzi. Wolisz te swoje papierzyska. Pieprzeni biurokraci.
- Ehh, dzieci. Jak mi pozwolisz to ci pomogę, a potem ty mi zgoda ?
- O ile dam radę. – odparłam widzą dziwną iskierkę w oku kobiety, która powoli, acz zdecydowanie podeszła do mnie. Nachyliła się nade mną mamrocząc pod nosem coś w niezrozumiałym języku
- Gotowe, tylko nie przeciążaj tej nogi bo będzie gorzej.
- I tylko tyle? – patrze na kobietę jakbym zobaczyła ufo.
- A nadal tak mocno boli ?
- Nie wiem. Jeszcze nie wstałam. – Powoli spróbowałam podnieść się do pionu. Najpierw nie używając chorej nogi. Kiedy już udało mi się jako tako utrzymać równowagę, powoli postawiłam stopę na asfalcie. O dziwo nie bolało. – Chyba jest dobrze. – powiedziałam niepewnym głosem.
- Czy teraz z łaski swojej mi pomożesz ?
- Nie robię nic z łaski, ale skoro ty pomogłaś mnie, to ja pomogę tobie. – odparłam pomagając zbierać jakieś dziwne kolorowe ulotki. Wtem ujrzałam swój rower i az mnie zatkało. Rama była wygięta, koła scentrowane, a z jednego uciekło powietrze.
- I jak ja się teraz dostanę do domu? – spytałam siadając na chodniku – I tak już jestem spóźniona.
- Wezwę dla ciebie taksówkę i ją opłacę, nie lubię marudnych dzieci. Może być taki układ? – odparła zerkając na rower.
- Marudnych dzieci? Mam 20 lat to raz, a dwa jakbyś straciła rodziców w wieku 5 lat i sąd przydzieliłby ci za opiekuna zrzędliwego 75 letniego wujka to byś inaczej myślała. – Moje słowa chyba zrobiły na niej wrażenie, bo odwróciła twarz w drugą stronę. Zastanawiałam się co mam zrobić w takiej sytuacji. Wujek nie lubił obcych i był draniem, który karał mnie za każdą zniszczoną rzecz. Po chwili się odwróciła i powiedziała:
- Może i wiekiem nie jesteś dzieckiem ale się tak zachowujesz, to po pierwsze. Po drugie nie jestem winna temu wypadkowi więc nie wyżywaj się na mnie za to.
- No cóż nie każdy ma złote życie bez wujka tyrana. Ale nie ważne. A wina zawsze leży po obu stronach.
- I nie każdy ma taką cierpliwość jak ja. Mogłabyś podać mi te dokumenty ?
- Ja jej nie posiadam. Niestety. – powiedziałam ze smutkiem podnosząc z trawnika dość spory plik papierów. Nie cierpiałam biurokracji. Ale ciekawość wzięła nade mną górę i zerknęłam na kartkę leżącą na wierzchu. Przeczytałam na niej napis „akademia Avallon”.
- Podać a przeglądać to dwie różne rzeczy wiesz młoda damo ?
- Przepraszam, ale byłam ciekawa czym zajmuje się kobieta pani pokroju, która nosi sterty niepotrzebnie zużywanego papieru. Wie pani ile drzew musiało zostać ściętych, żeby pani mogła latać po ulicy z taką stertą kartek ? – Mierziło mnie zawsze, kiedy widziałam w urzędach ogromne pudła z papierem. Kochałam naturę i nie cierpiałam biurokratów za to, że ją niszczyli.
- Zdaje sobie z tego sprawę bardziej niż myślisz, a to czym się zajmuję to bynajmniej nie twoja sprawa. – Kobieta spojrzała na mnie i uśmiechnęła się na ułamek sekundy ukazując błyszczące kły. Zamknęłam oczy, po czym je otworzyłam. Stała na przeciwko mnie i patrzyła tymi swoimi dziwnymi oczami.
- To chyba przewidzenie. – Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ostatnią myśl wypowiedziałam na głos.
- Co masz na myśli ?
- Yyyy… Że co? – spuściłam głowę – To głupie. Mam 20 lat, a wyobrażam sobie różne dziwne stwory. W końcu pisze książkę o dziwnych istotach, Ale to tylko fantazja.
- Ehh, jak z małym dzieckiem . . . Stwierdziłaś że to przewidzenie, co miałaś na myśli ?
- Tylko nie jak z dzieckiem. – powiedziałam oburzona – Miałam wrażenie, że pani ma kły. – wypaliłam w końcu dość złośliwym tonem. Patrzyłam na nią z ukosa. Ciekawa byłam czy jak większość ludzi uważa mnie za dziwadło, czy tez sama jest dziwadłem.
- Co tak złośliwie ? Bolało powiedzieć prawdę ? . . . Cholera . . . – Jej ton nie należał do sympatycznych. A ta rozmowa była dość . . . głupia. Ale zawsze byłam ciekawska, co wielu uważało za najgorszą wadę.
- Tak. Chcę znać prawdę. – powiedziałam patrząc odważnie w jej oczy.
- Za dużo się książek fantasy dziecko naczytałaś. Masz przez to zwidy.
- Czyżby? Wydaje mi się, że raczej pani boi się powiedzieć światu jaka jest naprawdę. Poza tym żaden normalny człowiek nie potrafiłby uleczyć złamanej kostki. – Jej mina zdradziła mi, że chociaż była nieco wzburzona to jednak miałam trochę racji.
- A kto powiedział że ją uleczyłam ? Ta rozmowa zaczyna mnie męczyć, możesz oddać mi w końcu moje dokumenty ?
- Ja. Znam się trochę na medycynie i wiem, że była złamana. Częstotliwość bólu na to wskazuje. A pani się po prostu boi. Tylko ciekawe czego? Chyba nie… jak to pani określiła „dziecka”. – Odparłam podając jej plik kolorowych papierów – Swoją drogą Avallon to miasto i gmina we Francji. Więc co biurokratka z Francji robi w naszym mieście ?
- Czy ja ci wyglądam na Francuzkę ? Zresztą „Avallon” to nazwa szkoły i bynajmniej nie mieści się we Francji.
- Właściwie to nie wyglądasz na nikogo kogo bym znała, a bynajmniej nie przypominasz mi człowieka. No i chyba nie uczyłaś się geografii. – Mówienie do niej na ty było raczej nie zbyt dobrym posunięciem, ale zdążyłam zauważyć jeszcze jedną dość dziwną rzecz a mianowicie, że jej uszy nieco różnią się on ludzkich.
- Chodzę po tym świecie już dostatecznie długo bym znała go cały. Żadna smarkula nie będzie mnie w tej kwestii pouczać ! – Mówienie prawdy czasami boli, ale byłam człowiekiem, a ona przypominała nieco postacie z mojej książki. W końcu jednak musiałam zadac jedno pytanie, które cały czas mnie dręczyło.
- To w końcu kim ty jesteś? Wampirem, elfem, wilkołakiem, czy może stworem z bagien ? I czym dokładnie jest to twoje Avallon ? – Po tych pytaniach to babsko zaczęło się… po prostu śmiać. Ale mi nie było do śmiechu. – Dowiem się w końcu z czym mam do czynienia?
- Przepraszam cię ale to było silniejsze ode mnie. „Avallon” to typowa prywatna szkoła która ceni sobie to że mało osób o niej wie a ja jestem tam dyrektorką i założycielką za razem.
- Że co? – Oczy niemal wyszły mi z orbit.
- To co słyszałaś.
- Moment ale nie odpowiedziałaś na moje pierwsze pytanie.
- A jaka odpowiedź by cię zadowoliła ?
- Nie wiem. Ale chyba było by mi lepiej jakby się okazało, że jesteś większym dziwadłem niż ja. – Rany, ale mnie poniosło. Bo przecież nie było większego dziwadła niż Diabliczka Piekielniczka. Nawet wujek patrzył na mnie jak na coś z innej planety. Ją jednak to nie wzruszyło.
- Wiesz śpieszy mi się trochę a muszę jeszcze iść po kolejną z moich uczennic, a ten mały wypadek jaki spowodowałaś sprawił że cała sprawa się przedłuża. Jeśli sądzisz że jesteś dziwadłem to mogę powiedzieć ci iż bardzo się mylisz. Masz tylko inne podejście do życia niż inni.
- Chcesz powiedzieć, że to, iż wierzę w elfy, nimfy, hydry, wampiry i anioły nie jest jakimś tam głupim wymysłem lecz rzeczywistością, którą ludzie boją się odkryć? – Spytałam widząc jak wyciąga znikąd telefon i wystukuje na nim jakiś numer.
- Nie ja to powiedziałam. A teraz jeśli pozwolisz wezwę dla ciebie taksówkę.
- Co więc oznaczają przedmioty w twojej szkole? Żadna szkoła nie prowadzi zajęć z zaklęć, nekromancji, czy przywoływania. Poza tym zauważyłam dopiski do imion wychowawców i raczej człowiek-smok, czy też demono-kotołaki istnieją tylko w bajkach. I mojej głowie. – dodałam ze smutkiem.
- No to mamy problem, jak się nazywasz ?
- Diabliczka Piekielniczka. – Nagle w telefonie, który trzymała ta kobieta odezwał się głos.
- Tu taxi Apollo. Czym mogę służyć ? – Kobieta spojrzała na telefon i nie mówiąc nic po prostu go wyłączyła. Jednak po chwili zaczęła znowu wystukiwać coś na klawiaturze.
- Chciałabym poznać inny świat. Taki z mojej książki. – Westchnęłam.
- Kagera tu Alanna, zdobądź dostęp do dokumentów szkolnych nie jakiej Diabliczki Piekielniczki. . . Nie nie obchodzi mnie jak to zrobisz, znam cię za dobrze . . . Masz już ? Okej to przenieś jej papiery do „Avallon”. . . Nie, nie oszalałam mała zmiana planów, od co . . . Skończyłaś, nabijać się będziesz później jak wrócę . . . Zrobiłaś co mówiłam ? . . . To dobrze, do zobaczenia.
- Przepraszam, że się wtrącam ale mam już jedną szkołę. – powiedziałam mając jednak nadzieję, że rozmowa, którą ta kobieta przeprowadziła przed chwilą otworzy mi drzwi do Avallon, czymkolwiek ono było.
- Miałaś, twoje papiery są już w „Avallon”. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła i więcej moich problemów. Rok szkolny zaczyna się już jutro więc jedziesz dzisiaj ze mną do akademii. Na resztę pytań odpowiem ci potem teraz zaczekaj tu chwilę idę po Ako.
- Pani… żartuje ?
/Alanna Sunbright/
Ignorując jej odpowiedz, udałam się w stronę drzwi domu przed którym miał miejsce ów mały incydent. Dziewczyna chyba nie była zbyt zadowolona z moich słów. Co się dziwić ?
- Piekło jak dobrze je znam. – Usłyszałam jeszcze zanim dotarłam do drzwi. Kilka razy zapukałam i zadzwoniłam do drzwi jednak nikt nie raczył mi odpowiedzieć. Wyszukałam z kieszeni płaszcza kartkę z adresem Ako i wybrałam numer jaki się na nim znajdował. Po kilku sygnałach odezwała się automatyczna sekretarka
- Jesteśmy na urlopie w Grecji nie wiem kiedy wrócimy, zostaw wiadomość a oddzwonimy.
- Cholera . . . – Mruknęłam pod nosem. Wróciłam do dziewczyny czekającej na mnie na chodniku. Diabliczka była pochłonięta swoimi myślami, co się dziwić ?
- Idziemy ?
- Tak po prostu ? – Uśmiechnęłam się.
- Tak. – Podeszłam do limuzyny i otworzyłam jej drzwi. – Chyba że nie chcesz ? Poza tym podaj adres pod który mamy jechać po twoje rzeczy. – Dziewczyna zaniemówiła i patrzyła na mnie jak urzeczona. Wyjęła z kieszeni dowód osobisty i mi podała. Diabliczka wsiadła do limuzyna a ja podałam nowy adres kierowcy. Szybko wsiadłam za dziewczyną do auta. No to teraz zaczną się kłopoty . . . I jak ja to wszystko wytłumaczę w „Avallon” ?
/Diabliczka Piekielniczka/
Ten dzień zaczął się koszmarnie. Nie dość, że obudził mnie jazgot psów sąsiada, to jeszcze wujek uparł się, abym po szkole poszła z nim do starej panny Hilton. Wrrr… Nie cierpiałam tej zgryźliwej kobiety bardziej niż najgorszych wrogów. A miałam ich trochę. Począwszy od szatniarki, poprzez rówieśników, nauczycieli, a skończywszy na samej pani dyrektor Dolacie. Lubiłam się uczyć i za wiedzę nikt nie mógł mnie usadzić. Ale moja obecność na zajęciach była zawsze dość przypadkowa. Wyznaję zasadę, że jeśli ktoś nie lubi ciebie, to lepiej go unikaj. A, że mnie nie lubi nikt, więc unikam wszystkich (całą szkołę). Proste. Wujek nie może tego zrozumieć. Po śmierci rodziców, to właśnie wujek Carlos wziął mnie pod swój dach. No cóż, bywa i tak czasami. Nadal tęsknię za rodzicami, ale czasu niestety nie cofnę. Pewnie wszyscy na tej chorej uczelni zastanawiają się jak ja to robię, że chociaż nie ma mnie na zajęciach to mam same piątki. Odpowiedź jest bardzo prosta. Czytam wszystkie książki, które są do przeczytania. Dzięki temu mam wiedzę z każdych zajęć. Coś jakby przeczytać wszystkie lektury ze spisu w liceum. Tym razem jednak pojawiłam się na nieszczęsnych zajęciach u profesora zwyczajnego pana Sztejnberga. Ale nie słuchałam ani trochę tego, co mówił. Moje myśli krążyły w innym kierunku. Mało ziemskim zresztą. Otworzyłam notes i pisałam kolejny tekst do swojej książki pt.: Światy.
- Pani z trzeciego rzędu, w bordowej bluzce proszę o powstanie. – usłyszałam w pewnym momencie.
Podniosłam wzrok z nad notesu. Ten stary, gruby facet wwiercał się we mnie wzrokiem. Wstałam.
- Słucham. – powiedziałam od niechcenia.
- Właśnie nie słuchasz.
- Wydaje ci się.
- Od kiedy smarkulo jesteśmy na „ty”? – spytał nieco podniesionym głosem.
- Od teraz. – odparłam spokojnie.
- Czy ja ci czasami nie przeszkadzam? – warknął.
- Owszem, przeszkadzasz.
To chyba był cios po niżej pasa dla wielce szanownego profesora, bo zrobił się czerwony jak pomidor, który leżał na jego biurku.
- O czym ja mówiłem?!! – wrzasnął.
- O proksemice i sferach bliskości. – odparłam oglądając długopis, który trzymałam w dłoni.
Facet zbaraniał. Wyszło z niego powietrze, jakby ktoś przebił napompowany balonik. Usiadł na krześle, które na całe szczęście było w pobliżu.
- Zadziwiasz mnie dziecko. – wysapał.
- Nie jestem dzieckiem, ani pańskim, ani jeśli chodzi o wiek. A teraz muszę już iść.
Notes i długopis wrzuciłam do torby i szybkim krokiem wyszłam z sali. Na odchodnym usłyszałam jak Sztejnberg mówił, że reszty wykładu nie będzie, bo głowa go rozbolała i kazał wszystkim wyjść. Dziwny facet. Po opuszczeniu uczelni skierowałam swe kroki do Steve’s Bar.
- Hej Logan! – krzyknęłam do puszystej kucharki, która z uśmiechem na twarzy kleiła pierogi.
- Cześć Diabli! Chcesz coś zjeść? – spytała uprzejmie.
- Nie dzięki. Wpadłam tylko po rower.
- Szkoda, bo miałam nadzieję, że spróbujesz moich pierogów.
- Przykro mi Logan, ale dzisiaj nie mogę. Obiecałam wujkowi, że pójdę z nim do panny Hilton, a i tak już jestem spóźniona.
- To weź, chociaż kanapki z lodówki.
- Dobrze już dobrze. – powiedziałam wyciągając z chłodni cztery złożone kanapki zawinięte w worek.
- Chodź tutaj do mnie.
Podeszłam do Logan, a ona przytuliła mnie mocno i pocałowała w czoło.
- Teraz możesz lecieć. – uśmiechnęła się do mnie czule.
- Dzięki. Jesteś kochana. Ale o tym chyba już wiesz.
Westchnęła tylko, po czym zabrała się dalej do lepienia. Wyszłam z baru tylnym wyjściem i wsiadłam na rower. Wjechałam w dość luksusowa dzielnicę. Nadal bujałam w obłokach. Pisanie książki pochłaniało wiele mojego czasu. Wtem wpadłam na coś, a raczej jak się później okazało na kogoś.
- Aua! Patrz babo jak chodzisz! – krzyknęłam podnosząc się z chodnika. – Wiesz ile czasu musiałam zbierać na ten rower?!
- Kto tu na kogo wpadł ? Patrz czasem co robisz.
- Co za ludzie w dzisiejszych czasach. Pchają się pod koła i jeszcze gderają, ze im nie pasuje.
- Wybacz od kiedy to się jeździ środkiem chodnika ?
- Od zawsze. Poza tym, gdzie mam jeździć? Ulica jest dla samochodów, a chodnik dla pieszych. To, gdzie mam jeździć, jak nie ma ścieżek rowerowych w drodze do mojego domu, hę? – powiedziałam patrząc na kobietę spod byka.
- Niech będzie tym chodnikiem, ale bokiem dziecko nie środkiem jest różnica. Poza tym mogłabyś przeprosić i pomóc mi zbierać te wszystkie papiery.
- Chyba kpisz? – odparłam próbując wstać na nogi – Auuu… – jęknęłam z bólu, czując jak pulsuje mi kostka.
- Nigdy nie żartuję, a tym bardziej kpię z ludzi, coś cię boli ?
- Tak, kostka. Nie mogę wstać. Ale ciebie to i tak nie obchodzi. Wolisz te swoje papierzyska. Pieprzeni biurokraci.
- Ehh, dzieci. Jak mi pozwolisz to ci pomogę, a potem ty mi zgoda ?
- O ile dam radę. – odparłam widzą dziwną iskierkę w oku kobiety, która powoli, acz zdecydowanie podeszła do mnie. Nachyliła się nade mną mamrocząc pod nosem coś w niezrozumiałym języku
- Gotowe, tylko nie przeciążaj tej nogi bo będzie gorzej.
- I tylko tyle? – patrze na kobietę jakbym zobaczyła ufo.
- A nadal tak mocno boli ?
- Nie wiem. Jeszcze nie wstałam. – Powoli spróbowałam podnieść się do pionu. Najpierw nie używając chorej nogi. Kiedy już udało mi się jako tako utrzymać równowagę, powoli postawiłam stopę na asfalcie. O dziwo nie bolało. – Chyba jest dobrze. – powiedziałam niepewnym głosem.
- Czy teraz z łaski swojej mi pomożesz ?
- Nie robię nic z łaski, ale skoro ty pomogłaś mnie, to ja pomogę tobie. – odparłam pomagając zbierać jakieś dziwne kolorowe ulotki. Wtem ujrzałam swój rower i az mnie zatkało. Rama była wygięta, koła scentrowane, a z jednego uciekło powietrze.
- I jak ja się teraz dostanę do domu? – spytałam siadając na chodniku – I tak już jestem spóźniona.
- Wezwę dla ciebie taksówkę i ją opłacę, nie lubię marudnych dzieci. Może być taki układ? – odparła zerkając na rower.
- Marudnych dzieci? Mam 20 lat to raz, a dwa jakbyś straciła rodziców w wieku 5 lat i sąd przydzieliłby ci za opiekuna zrzędliwego 75 letniego wujka to byś inaczej myślała. – Moje słowa chyba zrobiły na niej wrażenie, bo odwróciła twarz w drugą stronę. Zastanawiałam się co mam zrobić w takiej sytuacji. Wujek nie lubił obcych i był draniem, który karał mnie za każdą zniszczoną rzecz. Po chwili się odwróciła i powiedziała:
- Może i wiekiem nie jesteś dzieckiem ale się tak zachowujesz, to po pierwsze. Po drugie nie jestem winna temu wypadkowi więc nie wyżywaj się na mnie za to.
- No cóż nie każdy ma złote życie bez wujka tyrana. Ale nie ważne. A wina zawsze leży po obu stronach.
- I nie każdy ma taką cierpliwość jak ja. Mogłabyś podać mi te dokumenty ?
- Ja jej nie posiadam. Niestety. – powiedziałam ze smutkiem podnosząc z trawnika dość spory plik papierów. Nie cierpiałam biurokracji. Ale ciekawość wzięła nade mną górę i zerknęłam na kartkę leżącą na wierzchu. Przeczytałam na niej napis „akademia Avallon”.
- Podać a przeglądać to dwie różne rzeczy wiesz młoda damo ?
- Przepraszam, ale byłam ciekawa czym zajmuje się kobieta pani pokroju, która nosi sterty niepotrzebnie zużywanego papieru. Wie pani ile drzew musiało zostać ściętych, żeby pani mogła latać po ulicy z taką stertą kartek ? – Mierziło mnie zawsze, kiedy widziałam w urzędach ogromne pudła z papierem. Kochałam naturę i nie cierpiałam biurokratów za to, że ją niszczyli.
- Zdaje sobie z tego sprawę bardziej niż myślisz, a to czym się zajmuję to bynajmniej nie twoja sprawa. – Kobieta spojrzała na mnie i uśmiechnęła się na ułamek sekundy ukazując błyszczące kły. Zamknęłam oczy, po czym je otworzyłam. Stała na przeciwko mnie i patrzyła tymi swoimi dziwnymi oczami.
- To chyba przewidzenie. – Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ostatnią myśl wypowiedziałam na głos.
- Co masz na myśli ?
- Yyyy… Że co? – spuściłam głowę – To głupie. Mam 20 lat, a wyobrażam sobie różne dziwne stwory. W końcu pisze książkę o dziwnych istotach, Ale to tylko fantazja.
- Ehh, jak z małym dzieckiem . . . Stwierdziłaś że to przewidzenie, co miałaś na myśli ?
- Tylko nie jak z dzieckiem. – powiedziałam oburzona – Miałam wrażenie, że pani ma kły. – wypaliłam w końcu dość złośliwym tonem. Patrzyłam na nią z ukosa. Ciekawa byłam czy jak większość ludzi uważa mnie za dziwadło, czy tez sama jest dziwadłem.
- Co tak złośliwie ? Bolało powiedzieć prawdę ? . . . Cholera . . . – Jej ton nie należał do sympatycznych. A ta rozmowa była dość . . . głupia. Ale zawsze byłam ciekawska, co wielu uważało za najgorszą wadę.
- Tak. Chcę znać prawdę. – powiedziałam patrząc odważnie w jej oczy.
- Za dużo się książek fantasy dziecko naczytałaś. Masz przez to zwidy.
- Czyżby? Wydaje mi się, że raczej pani boi się powiedzieć światu jaka jest naprawdę. Poza tym żaden normalny człowiek nie potrafiłby uleczyć złamanej kostki. – Jej mina zdradziła mi, że chociaż była nieco wzburzona to jednak miałam trochę racji.
- A kto powiedział że ją uleczyłam ? Ta rozmowa zaczyna mnie męczyć, możesz oddać mi w końcu moje dokumenty ?
- Ja. Znam się trochę na medycynie i wiem, że była złamana. Częstotliwość bólu na to wskazuje. A pani się po prostu boi. Tylko ciekawe czego? Chyba nie… jak to pani określiła „dziecka”. – Odparłam podając jej plik kolorowych papierów – Swoją drogą Avallon to miasto i gmina we Francji. Więc co biurokratka z Francji robi w naszym mieście ?
- Czy ja ci wyglądam na Francuzkę ? Zresztą „Avallon” to nazwa szkoły i bynajmniej nie mieści się we Francji.
- Właściwie to nie wyglądasz na nikogo kogo bym znała, a bynajmniej nie przypominasz mi człowieka. No i chyba nie uczyłaś się geografii. – Mówienie do niej na ty było raczej nie zbyt dobrym posunięciem, ale zdążyłam zauważyć jeszcze jedną dość dziwną rzecz a mianowicie, że jej uszy nieco różnią się on ludzkich.
- Chodzę po tym świecie już dostatecznie długo bym znała go cały. Żadna smarkula nie będzie mnie w tej kwestii pouczać ! – Mówienie prawdy czasami boli, ale byłam człowiekiem, a ona przypominała nieco postacie z mojej książki. W końcu jednak musiałam zadac jedno pytanie, które cały czas mnie dręczyło.
- To w końcu kim ty jesteś? Wampirem, elfem, wilkołakiem, czy może stworem z bagien ? I czym dokładnie jest to twoje Avallon ? – Po tych pytaniach to babsko zaczęło się… po prostu śmiać. Ale mi nie było do śmiechu. – Dowiem się w końcu z czym mam do czynienia?
- Przepraszam cię ale to było silniejsze ode mnie. „Avallon” to typowa prywatna szkoła która ceni sobie to że mało osób o niej wie a ja jestem tam dyrektorką i założycielką za razem.
- Że co? – Oczy niemal wyszły mi z orbit.
- To co słyszałaś.
- Moment ale nie odpowiedziałaś na moje pierwsze pytanie.
- A jaka odpowiedź by cię zadowoliła ?
- Nie wiem. Ale chyba było by mi lepiej jakby się okazało, że jesteś większym dziwadłem niż ja. – Rany, ale mnie poniosło. Bo przecież nie było większego dziwadła niż Diabliczka Piekielniczka. Nawet wujek patrzył na mnie jak na coś z innej planety. Ją jednak to nie wzruszyło.
- Wiesz śpieszy mi się trochę a muszę jeszcze iść po kolejną z moich uczennic, a ten mały wypadek jaki spowodowałaś sprawił że cała sprawa się przedłuża. Jeśli sądzisz że jesteś dziwadłem to mogę powiedzieć ci iż bardzo się mylisz. Masz tylko inne podejście do życia niż inni.
- Chcesz powiedzieć, że to, iż wierzę w elfy, nimfy, hydry, wampiry i anioły nie jest jakimś tam głupim wymysłem lecz rzeczywistością, którą ludzie boją się odkryć? – Spytałam widząc jak wyciąga znikąd telefon i wystukuje na nim jakiś numer.
- Nie ja to powiedziałam. A teraz jeśli pozwolisz wezwę dla ciebie taksówkę.
- Co więc oznaczają przedmioty w twojej szkole? Żadna szkoła nie prowadzi zajęć z zaklęć, nekromancji, czy przywoływania. Poza tym zauważyłam dopiski do imion wychowawców i raczej człowiek-smok, czy też demono-kotołaki istnieją tylko w bajkach. I mojej głowie. – dodałam ze smutkiem.
- No to mamy problem, jak się nazywasz ?
- Diabliczka Piekielniczka. – Nagle w telefonie, który trzymała ta kobieta odezwał się głos.
- Tu taxi Apollo. Czym mogę służyć ? – Kobieta spojrzała na telefon i nie mówiąc nic po prostu go wyłączyła. Jednak po chwili zaczęła znowu wystukiwać coś na klawiaturze.
- Chciałabym poznać inny świat. Taki z mojej książki. – Westchnęłam.
- Kagera tu Alanna, zdobądź dostęp do dokumentów szkolnych nie jakiej Diabliczki Piekielniczki. . . Nie nie obchodzi mnie jak to zrobisz, znam cię za dobrze . . . Masz już ? Okej to przenieś jej papiery do „Avallon”. . . Nie, nie oszalałam mała zmiana planów, od co . . . Skończyłaś, nabijać się będziesz później jak wrócę . . . Zrobiłaś co mówiłam ? . . . To dobrze, do zobaczenia.
- Przepraszam, że się wtrącam ale mam już jedną szkołę. – powiedziałam mając jednak nadzieję, że rozmowa, którą ta kobieta przeprowadziła przed chwilą otworzy mi drzwi do Avallon, czymkolwiek ono było.
- Miałaś, twoje papiery są już w „Avallon”. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła i więcej moich problemów. Rok szkolny zaczyna się już jutro więc jedziesz dzisiaj ze mną do akademii. Na resztę pytań odpowiem ci potem teraz zaczekaj tu chwilę idę po Ako.
- Pani… żartuje ?
/Alanna Sunbright/
Ignorując jej odpowiedz, udałam się w stronę drzwi domu przed którym miał miejsce ów mały incydent. Dziewczyna chyba nie była zbyt zadowolona z moich słów. Co się dziwić ?
- Piekło jak dobrze je znam. – Usłyszałam jeszcze zanim dotarłam do drzwi. Kilka razy zapukałam i zadzwoniłam do drzwi jednak nikt nie raczył mi odpowiedzieć. Wyszukałam z kieszeni płaszcza kartkę z adresem Ako i wybrałam numer jaki się na nim znajdował. Po kilku sygnałach odezwała się automatyczna sekretarka
- Jesteśmy na urlopie w Grecji nie wiem kiedy wrócimy, zostaw wiadomość a oddzwonimy.
- Cholera . . . – Mruknęłam pod nosem. Wróciłam do dziewczyny czekającej na mnie na chodniku. Diabliczka była pochłonięta swoimi myślami, co się dziwić ?
- Idziemy ?
- Tak po prostu ? – Uśmiechnęłam się.
- Tak. – Podeszłam do limuzyny i otworzyłam jej drzwi. – Chyba że nie chcesz ? Poza tym podaj adres pod który mamy jechać po twoje rzeczy. – Dziewczyna zaniemówiła i patrzyła na mnie jak urzeczona. Wyjęła z kieszeni dowód osobisty i mi podała. Diabliczka wsiadła do limuzyna a ja podałam nowy adres kierowcy. Szybko wsiadłam za dziewczyną do auta. No to teraz zaczną się kłopoty . . . I jak ja to wszystko wytłumaczę w „Avallon” ?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz