Świt był niezwykle chłodny jak na tę porę roku, jak i na wiecznie złote lasy „Eversong” okalające stolicę. Powoli podniosłam się na łóżku, przetarłam zaspane oczy i wypiłam resztkę wody jak mi pozostała w szklance. Strażnik dalej spał niedbale ułożony na krześle. Wyglądała naprawdę zabawnie i ten wyraz twarzy. Lekko rozchylone usta i odrobina ściekającej śliny z kącika ust. Żałowałam że w tej chwili nie miałam aparatu. Mogłabym mu nieźle dokuczyć. Przeciągnęłam się delikatnie, na brzuchu zostały mi dwie niezbyt duże, lekko czerwone plamy po ciosach Księcia. Po ranie na skroni nie było żadnego śladu. Pogładziłam czule delikatną srebrną bransoletkę z trzema kamieniami, lazurowym, szafirowym i ametystowym (bardzo ciemnym). W każdym z tych kamieni zaklęty był mały ognik który czuwał nade mną, to właśnie one uzdrowiły moje ciało.
-Dziękuję wam moi mali przyjaciele. – Szepnęłam i z czułością ucałowałam każdy z kamieni. Powoli wstałam z łóżka i otworzyłam delikatnie zdobione, szklane drzwi balkonowe. Cichutki świergot budzących się ptaków i delikatny chłodny wiaterek przyniósł mi piękne ale zarazem bolesne wspomnienia. Podeszłam do barierki niedużego balkonu i patrzyłam na horyzont lekko zasnuty poranną mgła. Łzy mimowolnie zaczęły spływać po moich policzkach. Drugi w moim życiu tak niezwykle spokojny świt. Pierwszy przeżyłam z ukochanym mi mężczyzną. To była nasz pierwszy poranek jako małżeństwo. Nikt nie akceptowała tego związku, ani moja mentorka Soraja, ani żadna znana nam osoba. Największe pretęsje o ten ślub miały poprzedniczki mego losu, poprzednie gwiazdy. Wybrane dziewczyny o czystych sercach, które dobrowolnie zgodziły się poświecić swoje życie w imię „wyższego dobra”. To właśnie przez nie straciłam Lantisa, mojego ukochanego męża. Postawiono przed nim morderczą próbę mającą na celu ukazać, że jest godny aby mnie chronić i być przy mnie. Dwunastu przeciwników, dwanaście miesięcy, po jednym na każdy miesiąc. Dwóch pierwszych to byli nasi bliscy znajomi, więc skończyło się na jednej potyczce. Niestety trzeci przeciwnik okazała się diabłem wcielonym. Nie chcę nawet pamiętać ile pojedynków stoczyli, ale najgorszy był ostatni. Do dziś żałuję że jednak nie wtrąciłam się do tego pojedynku, i nie uratowałam Lntisa. Moja interwencja równała się zgodą na unieważnienie małżeństwa, co za tym szło nie zobaczyłabym go nigdy więcej. Przynajmniej by żył . . . Zsunęłam się na ziemie opierając swoje ciało o barierkę, z całej siły uderzyłam pięścią w posadzkę balkonu . . .
-Przynajmniej byś żył . . . Głupia obietnica . . . – Zaczęłam cicho łkać. Przeklęta obietnica którą kazał mi złożyć Lantis, że nie wtrącę się do żadnego pojedynku nie ważne jaki obrót on przyniesie. Jedyna krew jaka splamiła moje ręce to właśnie jego. 10 długich, okropnych lat po jego śmierci cierpiałam. Przez pierwsze 5 lat milczałam, a łzy nieprzerwanie wypływały z moich oczu. Kolejne 3 lata jedynie milczałam, dopiero po ty okresie zaczęłam wychodzić gdziekolwiek. Ostatnie dwa lata głównie milczała, albo odpowiadałam jednym wyrazem na jakieś pytanie i to rzadko. Dopiero po okresie tych 10 lat zaczęłam zachowywać się w miarę normalnie. Przestałam się izolować i niekiedy uśmiechałam się. Mimo iż to było tak dawno temu bo jakieś 96 tysięcy lat temu, elfich lat. To i tak boli tak samo mocno jak na początku . . . Potrząsnęłam lekko głową i skrawkiem ubrania przetarłam ciągle płynące łzy. Pustym wzrokiem zaczęłam spoglądać przez otwory w marmurowej poręczy balkonu. O niczym nie myślałam, wyłączyła się z życia nie wiem na jak długo . . .
* ~ ~ ~ ~ * ~ ~ ~ ~ *
Podskoczyłam nagle gdy poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Rozszerzonymi ze strachu oczami spojrzałam w lekko zmartwioną twarz strażnika.
- Nie . . . nie strasz mnie tak więcej.
- Wołałem do ciebie, ale nie reagowałaś. Z dobrą godzinę już tak tu siedzisz, jeśli nie dłużej.
- Ja . . . ja . . . jak to ?! – Zaczęłam się jąkać.
- Gdy się obudziłem godzinę temu ty już nie spałaś, tylko tak tu siedziałaś. Chodź w tym stanie nie powinnaś się ruszać, jeszcze coś Ci się stanie – Lekko się uśmiechną i wyciągnął dłoń w moim kierunku. Pomógł mi wstać. – Jeny ale ty masz lodowate ręce, jeszcze będziesz mieć gorączkę. Kiedy wstałaś ?
- A co ty się taki opiekuńczy nagle stałeś co ? – Szybko odwrócił głowę i pociągnął mnie w stronę komnaty.
- A tam zaraz „opiekuńczy się stałeś”, muszę dbać o moją podopieczną. – Usiadłam na łóżku i zaczęłam się zastanawiać, znam ten głos tylko czyj on był.
- Zaraz, zaraz Ja Cię skądś kojarzę.
- No powinnaś. mam Ci powiedzieć Luni czy sama zgadniesz ?
- Hmm . . . daj mi chwilę się zastanowić. – Zaczęłam przypatrywać się strażnikowi. Długie do połowy pleców blond włosy, lekka grzywka nie zakrywająca dziwnie pustych szmaragdowych oczu. Wzrost tak na oko 180-185 cm. Lekko zarysowane mięśnie dostrzegalne pod luźną szatą. Ten głęboki i niski ton głosu . . .Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia. Podeszłam do strażnika i lekko ale zdecydowanie ściągnęłam mu z głowy perukę.
- Vincent !! – Uściskałam go mocno. – Co ty tu robisz ?
- Patrzę i załamuję się, że moja podopieczna tak dała się zmaltretować i podejść jakiemuś tandetnemu Elfowi.
- Dobra nie musisz mnie pouczać, dobrze wiem że dałam ciała . . .
- Jak małe dziecko. – Odwróciłam się do Vincenta plecami, podniosłam poduszkę z posłania i z całej siły rzuciłam w niego celując w twarz. W ostatniej chwili przekrzywił głowę i poduszka trafiła w ścianę o którą się opierał.
- Jak dziecko. – Powtórzył
- Cicho bądź, denerwujesz mnie. Po co tu jesteś ? Bo na pewno nie z tęsknoty. – Spojrzałam wyzywająco w oczy Vincenta. Zdążył już ściągnąć szkła kontaktowe, dzięki czemu mogłam się wpatrywać w jego niezwykłe czerwone oczy.
- Gildia ma dla ciebie zadanie, trzeba się pozbyć pewnej osoby. Tu masz jej akta. – Podszedł do mnie i podał aktówkę z opisem obiektu do zlikwidowania. Zaczęłam czytać opis celu. Zepsuty człowiek, członek jednej z najgorszych mafii w jego świecie, dwie pierwsze żony bestialsko zamordował tylko dlatego że mu się znudziły. Obecnie samotny i bezdzietny. Przemytnik, handlarz narkotyków. Ogólnie szumowina jakich mało, z XXI wieku. Z westchnieniem zamknęłam teczkę.
- I co ? Będzie coś z niego ? Bierzesz go czy ktoś inny ma się tym zająć ?
- Świat będzie bez niego lepszy. Daj tę robotę Aresowi Vincent. Nie powinie mieć z tym żadnych większych problemów, niech się chłopak uczy.
- Jesteś pewna że sobie młodzik poradzi, szkolisz go dopiero od 5 lat.
- Da, teraz idź stąd bo i z twojej obecności będę się musiała jeszcze tłumaczyć.
- A właśnie to mi coś przypomina. – Posłał mi wymowny uśmieszek. – Dlaczego tu jeszcze jesteś ?
- Długa historia. Illidan postanowił się trochę zabawić moim kosztem. – Wzruszyłam obojętnie ramionami.
- Tak, to wiele wyjaśnia. – Zakpił.
- Nic, CI więcej nie powiem. Spadaj już i uściskaj ode mnie wszystkich okej ?
- ty i te twoje tajemnice Luni, dobra pozdrowię ich od ciebie ale na nic więcej nie licz. – Otworzył portal do innego świata. – Jesteś pewna, że nic mi więcej nie powiesz ?
- Spadaj już ! – Wepchnęłam go do portalu który momentalnie zamkną się za jego twórcą. -Gezz . . . Jak on mnie potrafi wnerwić. – Vincent był jedną z pierwszych osób jakie poznałam na samym początku mojej przygody z magią. Gdy skończyłam szkolenie i swoją pracę dal gildii złodziei „Avallon” i zostałam wytypowana do gildii zabójców, to właśnie Vincent zajął się moim początkowym szkoleniem. Gdy przeszłam egzamin i oficjalnie zostałam zabójcą. Za racji tego kim jestem, a dokładniej ametystowego kryształu w kształcie gwiazdy na moich plecach. Byłam szkolona przez przywódcę gildii i nauczyłam się jak sprawnie upozorować czyjąś śmierć. Każde zlecenie jest sprawdzane przez bezstronnego zabójcę z gildii, aby mieć pewność że obiekt naprawdę nie żyje, a zbójca jest rzetelny. Jako do tej pory każda z moich ofiar, powiedzmy zasługiwała na drugą szansę. Pozorowałam śmierć obiektu, pozytywnie przechodziłam test rzetelności i zabierałam moje „ofiary” do innego świata dając nową tożsamość. Umowa polegała na tym że cele się poprawiały i pomagały w nowym świecie, a ja pozwalałam im żyć. Potrząsnęłam głową, by przestać o tym myśleć, miał w końcu inne zadanie na głowie. Podniosłam poduszkę z ziemi i niedbale rzuciłam na posłanie. Położyłam się na łóżku i przymknęłam oczy delektując się ciszą jak panowała w pomieszczeniu.
-Dziękuję wam moi mali przyjaciele. – Szepnęłam i z czułością ucałowałam każdy z kamieni. Powoli wstałam z łóżka i otworzyłam delikatnie zdobione, szklane drzwi balkonowe. Cichutki świergot budzących się ptaków i delikatny chłodny wiaterek przyniósł mi piękne ale zarazem bolesne wspomnienia. Podeszłam do barierki niedużego balkonu i patrzyłam na horyzont lekko zasnuty poranną mgła. Łzy mimowolnie zaczęły spływać po moich policzkach. Drugi w moim życiu tak niezwykle spokojny świt. Pierwszy przeżyłam z ukochanym mi mężczyzną. To była nasz pierwszy poranek jako małżeństwo. Nikt nie akceptowała tego związku, ani moja mentorka Soraja, ani żadna znana nam osoba. Największe pretęsje o ten ślub miały poprzedniczki mego losu, poprzednie gwiazdy. Wybrane dziewczyny o czystych sercach, które dobrowolnie zgodziły się poświecić swoje życie w imię „wyższego dobra”. To właśnie przez nie straciłam Lantisa, mojego ukochanego męża. Postawiono przed nim morderczą próbę mającą na celu ukazać, że jest godny aby mnie chronić i być przy mnie. Dwunastu przeciwników, dwanaście miesięcy, po jednym na każdy miesiąc. Dwóch pierwszych to byli nasi bliscy znajomi, więc skończyło się na jednej potyczce. Niestety trzeci przeciwnik okazała się diabłem wcielonym. Nie chcę nawet pamiętać ile pojedynków stoczyli, ale najgorszy był ostatni. Do dziś żałuję że jednak nie wtrąciłam się do tego pojedynku, i nie uratowałam Lntisa. Moja interwencja równała się zgodą na unieważnienie małżeństwa, co za tym szło nie zobaczyłabym go nigdy więcej. Przynajmniej by żył . . . Zsunęłam się na ziemie opierając swoje ciało o barierkę, z całej siły uderzyłam pięścią w posadzkę balkonu . . .
-Przynajmniej byś żył . . . Głupia obietnica . . . – Zaczęłam cicho łkać. Przeklęta obietnica którą kazał mi złożyć Lantis, że nie wtrącę się do żadnego pojedynku nie ważne jaki obrót on przyniesie. Jedyna krew jaka splamiła moje ręce to właśnie jego. 10 długich, okropnych lat po jego śmierci cierpiałam. Przez pierwsze 5 lat milczałam, a łzy nieprzerwanie wypływały z moich oczu. Kolejne 3 lata jedynie milczałam, dopiero po ty okresie zaczęłam wychodzić gdziekolwiek. Ostatnie dwa lata głównie milczała, albo odpowiadałam jednym wyrazem na jakieś pytanie i to rzadko. Dopiero po okresie tych 10 lat zaczęłam zachowywać się w miarę normalnie. Przestałam się izolować i niekiedy uśmiechałam się. Mimo iż to było tak dawno temu bo jakieś 96 tysięcy lat temu, elfich lat. To i tak boli tak samo mocno jak na początku . . . Potrząsnęłam lekko głową i skrawkiem ubrania przetarłam ciągle płynące łzy. Pustym wzrokiem zaczęłam spoglądać przez otwory w marmurowej poręczy balkonu. O niczym nie myślałam, wyłączyła się z życia nie wiem na jak długo . . .
* ~ ~ ~ ~ * ~ ~ ~ ~ *
Podskoczyłam nagle gdy poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Rozszerzonymi ze strachu oczami spojrzałam w lekko zmartwioną twarz strażnika.
- Nie . . . nie strasz mnie tak więcej.
- Wołałem do ciebie, ale nie reagowałaś. Z dobrą godzinę już tak tu siedzisz, jeśli nie dłużej.
- Ja . . . ja . . . jak to ?! – Zaczęłam się jąkać.
- Gdy się obudziłem godzinę temu ty już nie spałaś, tylko tak tu siedziałaś. Chodź w tym stanie nie powinnaś się ruszać, jeszcze coś Ci się stanie – Lekko się uśmiechną i wyciągnął dłoń w moim kierunku. Pomógł mi wstać. – Jeny ale ty masz lodowate ręce, jeszcze będziesz mieć gorączkę. Kiedy wstałaś ?
- A co ty się taki opiekuńczy nagle stałeś co ? – Szybko odwrócił głowę i pociągnął mnie w stronę komnaty.
- A tam zaraz „opiekuńczy się stałeś”, muszę dbać o moją podopieczną. – Usiadłam na łóżku i zaczęłam się zastanawiać, znam ten głos tylko czyj on był.
- Zaraz, zaraz Ja Cię skądś kojarzę.
- No powinnaś. mam Ci powiedzieć Luni czy sama zgadniesz ?
- Hmm . . . daj mi chwilę się zastanowić. – Zaczęłam przypatrywać się strażnikowi. Długie do połowy pleców blond włosy, lekka grzywka nie zakrywająca dziwnie pustych szmaragdowych oczu. Wzrost tak na oko 180-185 cm. Lekko zarysowane mięśnie dostrzegalne pod luźną szatą. Ten głęboki i niski ton głosu . . .Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia. Podeszłam do strażnika i lekko ale zdecydowanie ściągnęłam mu z głowy perukę.
- Vincent !! – Uściskałam go mocno. – Co ty tu robisz ?
- Patrzę i załamuję się, że moja podopieczna tak dała się zmaltretować i podejść jakiemuś tandetnemu Elfowi.
- Dobra nie musisz mnie pouczać, dobrze wiem że dałam ciała . . .
- Jak małe dziecko. – Odwróciłam się do Vincenta plecami, podniosłam poduszkę z posłania i z całej siły rzuciłam w niego celując w twarz. W ostatniej chwili przekrzywił głowę i poduszka trafiła w ścianę o którą się opierał.
- Jak dziecko. – Powtórzył
- Cicho bądź, denerwujesz mnie. Po co tu jesteś ? Bo na pewno nie z tęsknoty. – Spojrzałam wyzywająco w oczy Vincenta. Zdążył już ściągnąć szkła kontaktowe, dzięki czemu mogłam się wpatrywać w jego niezwykłe czerwone oczy.
- Gildia ma dla ciebie zadanie, trzeba się pozbyć pewnej osoby. Tu masz jej akta. – Podszedł do mnie i podał aktówkę z opisem obiektu do zlikwidowania. Zaczęłam czytać opis celu. Zepsuty człowiek, członek jednej z najgorszych mafii w jego świecie, dwie pierwsze żony bestialsko zamordował tylko dlatego że mu się znudziły. Obecnie samotny i bezdzietny. Przemytnik, handlarz narkotyków. Ogólnie szumowina jakich mało, z XXI wieku. Z westchnieniem zamknęłam teczkę.
- I co ? Będzie coś z niego ? Bierzesz go czy ktoś inny ma się tym zająć ?
- Świat będzie bez niego lepszy. Daj tę robotę Aresowi Vincent. Nie powinie mieć z tym żadnych większych problemów, niech się chłopak uczy.
- Jesteś pewna że sobie młodzik poradzi, szkolisz go dopiero od 5 lat.
- Da, teraz idź stąd bo i z twojej obecności będę się musiała jeszcze tłumaczyć.
- A właśnie to mi coś przypomina. – Posłał mi wymowny uśmieszek. – Dlaczego tu jeszcze jesteś ?
- Długa historia. Illidan postanowił się trochę zabawić moim kosztem. – Wzruszyłam obojętnie ramionami.
- Tak, to wiele wyjaśnia. – Zakpił.
- Nic, CI więcej nie powiem. Spadaj już i uściskaj ode mnie wszystkich okej ?
- ty i te twoje tajemnice Luni, dobra pozdrowię ich od ciebie ale na nic więcej nie licz. – Otworzył portal do innego świata. – Jesteś pewna, że nic mi więcej nie powiesz ?
- Spadaj już ! – Wepchnęłam go do portalu który momentalnie zamkną się za jego twórcą. -Gezz . . . Jak on mnie potrafi wnerwić. – Vincent był jedną z pierwszych osób jakie poznałam na samym początku mojej przygody z magią. Gdy skończyłam szkolenie i swoją pracę dal gildii złodziei „Avallon” i zostałam wytypowana do gildii zabójców, to właśnie Vincent zajął się moim początkowym szkoleniem. Gdy przeszłam egzamin i oficjalnie zostałam zabójcą. Za racji tego kim jestem, a dokładniej ametystowego kryształu w kształcie gwiazdy na moich plecach. Byłam szkolona przez przywódcę gildii i nauczyłam się jak sprawnie upozorować czyjąś śmierć. Każde zlecenie jest sprawdzane przez bezstronnego zabójcę z gildii, aby mieć pewność że obiekt naprawdę nie żyje, a zbójca jest rzetelny. Jako do tej pory każda z moich ofiar, powiedzmy zasługiwała na drugą szansę. Pozorowałam śmierć obiektu, pozytywnie przechodziłam test rzetelności i zabierałam moje „ofiary” do innego świata dając nową tożsamość. Umowa polegała na tym że cele się poprawiały i pomagały w nowym świecie, a ja pozwalałam im żyć. Potrząsnęłam głową, by przestać o tym myśleć, miał w końcu inne zadanie na głowie. Podniosłam poduszkę z ziemi i niedbale rzuciłam na posłanie. Położyłam się na łóżku i przymknęłam oczy delektując się ciszą jak panowała w pomieszczeniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz