sobota, 7 lutego 2015

Koszmar VII - Opowieść z dwóch lat życia . . .

   Kolejnej nocy mój tajemniczy opiekun postawił przed mną trudne zadanie. Mianowicie chciał bym opowiedziała mu jak udało mi się przetrwać te dwa lata w „Krwawym ogródku” bo taką nazwę podobno nosiło to miejsce z którego mnie zabrał. Na początku wytykałam mu że to trochę oklepana nazwa, jak na pole pełne rozkładających się trupów. Następnie kłóciliśmy się o jakąś pierdółkę, co zaowocowało tym że mój opiekun przestał się do mnie odzywać. Twierdził że jestem „parszywą jędzą bez serca” czy coś w tym stylu. Nie ośmieliłam się zaprzeczyć. Jakby nie patrzeć, starałam się jak najbardziej odwlec moją opowieść. Nawet to że zdawałam sobie sprawę iż on musi wiedzieć co się „tam” ze mną działo. Przedłużająca się cisza zaczynała działać mi na nerwy, postanowiłam ją przerwać.
- Wiesz że nie chcę o tym mówić, to zbyt bolesne. – Po tych słowach wypowiedzianych ledwo słyszalnie, mój opiekun mnie przytulił.
- Nie spiesz się. Zacznij powoli, wszystko samo przyjdzie. – Przekręciłam się lekko w jego ramionach by móc dostrzec choć kawałek jego twarzy, i posłałam mu spojrzenie dające do zrozumienia iż w chwili obecnej mam go za debila. Ten tylko lekko się skrzywił. – Nie prosiłbym oto gdybym nie miał pewności ze dasz radę opowiedzieć mi to. – Ja jedynie patrzyłam w te jego hipnotyzujące, a za razem piękne szafirowe oczy, w których malowała się pełna powaga i coś jeszcze. Nie byłam w tedy jeszcze w stanie tego określić, teraz już wiem że była to troska. odwróciłam się do niego plecami i wygodniej usadowiłam w jego ramionach, po czym westchnęłam.
- Ty chyba naprawdę jesteś debilem. – Mruknęłam, mój opiekun jedynie oparł swoją głowę na mojej i powiedział.
- Jeśli obrażanie mnie w tej chwili cie uspokaja i pomaga zebrać się na tą opowieść, puszczę to mimo uszu.
- Lubimy być mieszani z błotem co ? – Nie powstrzymałam się od ciętego komentarza.
- Nie przesadzaj, jak każdy mam granice. A ty wyjątkowo potrafisz doprowadzić mnie do szewskiej pasji. – Ugryzłam się w język i już nic na to nie powiedziałam, w tamtej chwili łatwo mu było mówić. Zacząć opowieść ale od czego ?
- Dzień w którym to się zaczęło, niczym nie różnił się od poprzedniego. Dosłownie nic nie zwiastowało, że przez parszywe dwa lata mojego życia będę doświadczać czegoś tak okropnego i bolesnego. Największym szokiem był sam sen, był tak realistyczny. Miałam wrażenie iż to wszystko dzieje się na prawdę, a ja przeniosłam się do innego świata. Widok jaki miałam wtedy przed oczami przez dłuższy czas, chyba jakiś miesiąc sprawiał że targały mną torsje. Powietrzem przesyconym wonią rozkładu i przelanej krwi, praktycznie nie dało się oddychać. Z czasem jednak przyzwyczaiłam się do widoku jak i zapachu. Kolejnym dziwactwem jakie przyniósł ten sen były siniaki pojawiające się w miejscach skaleczeń, i innych ran. Tyle że zamiast być zwykłymi siniakami, niosły za sobą ból rzeczywistych ran. Zaczęłam szukać informacji o tym co mi się przytrafiło i czym mogą być ten sny. Niestety bez większego efektu, może za szybko się poddałam . . . – Mój opiekun uważnie słuchała i przetwarzał każde wypowiedziane przez mnie słowo, ale coś zaczęło mi podpowiadać że chyba źle się do tego zabrałam. Zaczynałam tez powoli krążyć kiedy zbliżałam się do momentu w którym spotkałam się z Eweliną. Tuż przed tym wydarzeniem przerwałam. – Co się dzieje ? – Spytałam i odwróciłam się by widzieć twarz mojego opiekuna. Wydawał się być zamyślony, ale w jego oczach dostrzegłam smutek.
- Nic mów dalej. – Odparł.
- Ślepa nie jestem, widzę że coś jest nie tak. – Podniosłam rękę ucinając nadchodzące zaprzeczenie z jego strony. – I nie wmówisz mi że jest inaczej. – Ten jedynie westchną z rezygnacją.
- Ciągle te wydarzenia w „Krwawym ogródku” określasz mianem snu . . . – Urwał nie kończąc rozpoczętej myśli.
- Tak się łatwiej o tym mówi. Nigdy jednak nie powiedziałam że w pełni uważam to za sen, zresztą sama nie wiem co mam o tym myśleć. – Zamyśliłam się na chwilę i ciągnęłam. – Uwierz mi, chyba uważanie tego wszystkiego za sen jest jakąś formą przekonania samej siebie że nie zwariowałam. W końcu jakby nie patrzeć, nie uratowałam jej . . . – Przerwałam na chwilę zaciskając w pięściach pościel i zamknęłam oczy, starając się uspokoić.
- Już dobrze. – Szepnął mój opiekun, delikatnie gładząc mój policzek. – Nie pozwolę aby coś ci się stało, nigdy więcej.
- Wiem, To jednak nie zmienia faktu, że Ewelina nie żyje i to poniekąd moja wina. – Otworzyłam oczy i spojrzałam na mojego opiekuna. Całą swoją osobą ukazywał mi iż nie wieży w moje słowa. Nawet po opowiedzeniu całej sytuacji i wszystkich szczegółów. Wyraz jego twarzy nie zmienił się, ale postawa wyrażała ogromne współczucie.
- Po tych dwóch miesiącach, gdy jakoś udało mi się w miarę pozbierać. Zmieniło się całe moje nastawienie. Już nie chodziło tylko o przeżycie, ale by uniknąć jakiegokolwiek kontaktu z żyjącymi. Nie ważne czy byli to dorośli, albo dzieci. Jedyne czego chciałam to by ten koszmar się skończył. Jednak jak wspomniałam, to były prawie dwa lata. Mimo wszystko jednak przez około półtora roku, ciężko jest uniknąć spotkania z kimkolwiek żyjącym, mniej lub bardziej. Jednak jak się pewnie domyślasz, tak twarda jakbym chciała być w sowim postanowieniu nie byłam. Nie pamiętam ile razy spotkałam konających. Wszyscy zawsze prosili o to samo, by zakończyć ich cierpienia. Nie potrafiłam się jednak zdobyć na to by spełnić którakolwiek z tych próśb. Co nie oznacza że ignorowałam ich osoby. Przełamywałam swój strach przed tą szaleńczą pogonią i uczuciem że powinnam wciekać, ratować swoje życie. – Wstrzymałam na chwilę swoją opowieść.
- Stało się coś ? – Spytał mój opiekun przytulając mnie do siebie. Ani razu nie sprzeciwiłam się czemuś takiemu. Jakby nie patrzeć nie wiedziałam kompletnie nic o osobie która to z własnej woli, postanowiła narażać własne życie w mojej obronie. Mimo wszystko nie miało to większego znaczenia. W tamtym momencie w moim opiekunie widziałam osobę która, w jakiś sposób próbowała mnie zrozumieć. jakby nie patrzeć, wychodziło mu to na razie całkiem dobrze.
- Po prostu przypomniałam sobie en ogarniający mnie strach i się przycięłam. – Odetchnęłam głęboko i odsunęłam się trochę od mojego opiekuna. – Wracając do tematu, zdarzało się czasem że podczas tego typu czuwania, te bestie niekiedy ładnie mnie poharatały. Z każdą kolejną tego typu sytuacją, ataki na moja osobę były co raz gorsze. Nie sądziłam jednak że jestem taką szczęściarą. Chociaż dwa dni temu, czułam że to już koniec. Ta pamiętna noc kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, miała być moim końcem. Gdy tylko otworzyłam oczy, rozległ się ten przerażający mnie ryk. W tamtym momencie się poddałam. Uprzedzam twoje pytanie, nie wiem co mnie skłoniło kiedy prosiłam o ratunek. To było jakieś takie dla mnie nie zrozumiałe. Gdy stanąłeś nade mną i zobaczyłam twój cień. Myślałam że to już koniec. Miałam jedynie nadzieje że nie będzie to tak boleć i szybko się skończy.
- Szczerze przyznaję, ze przedstawiałaś obraz nędzy i rozpaczy. Każdy by się nad tobą ulitował. – Słysząc coś takiego wysunęłam się z jego objęć i podeszłam do okna.
- Wielkie dzięki za tak miłe słowa. – Wysyczałam przez zęby.
- Ojj tam, już się tak nie obrażaj. Wszystko skończyło się przecież dobrze. – Odwróciłam się w stronę tego parszywego wampira, który to w dalszym ciągu siedział na łóżku.
- Wiesz jak tak na ciebie patrzę, to nabieram wątpliwości co do tego. – Po czym wrednie się do niego uśmiechnęłam.
- Nie wdzięczna. – Prychnął i gestem nakazał bym do niego podeszła. W odpowiedzi posłałam mu jedynie spojrzenie, które to aż nad to wskazywało co myślę o jego pomyśle. – Co czyżbyś się mnie bała ? – Odparł, widząc moją reakcję. Wiedziałam że mnie podpuszcza, mimo wszystko nie lubię gdy ktoś insynuuje, że nie jestem do czegoś zdolna. Jak można się było spodziewać, podeszłam do mojego opiekuna i bezczelnie usiadłam mu na kolanach.
- Zadowolony ? – Prychnęłam.
- Nawet bardziej niż myślisz. – Szepnął mi do ucha, po czym pchnął mnie na pościel przygniatając własnym ciałem . . .
Słońce przebijające się przez prowizoryczną zasłonę, skutecznie wybudziło mnie ze snu.
- Chyba jednak jestem szczęściarą. – Uśmiechnęłam się do siebie i powoli zaczęłam zbierać się do szkoły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz